Wieczór — Analiza wiersza

Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące Wielki cień chmury, ciągnąc go na wzgórza, Zetknięte z niebem, co życie, gasnące Pod barw przymusem, — w głąb marzeń przedłuża, Aby dowidzieć po przez dale puste Jedyną wokół purpurową chustę Dziewczyny, która swych dłoni oplotem Kolana zgodnie wgarnęła pod brodę I, coraz bardziej pod niebios namiotem Samotniejąca w tę dal i pogodę, Oddawna ruchu i snu nie odmienia, Chłonąc czar drętwy samego patrzenia We wszystko naraz, w nic zasię zosobna, Wpobok, zaledwo do siebie podobna, Wyolbrzymiona wobec próżni świata, Krowa się w świetle różowi łaciata, Co jednym rogiem pół słońca odkrawa, A drugim wadzi o daleką gruszę... Sennych owadów nieprzytomna wrzawa Umacnia pustkę i podsyca głuszę, Wspartą na stogach, powiązanych w drągi. Kolejne idą nad polem przeciągi Tchu ziół dalekich, zaprawnego potem

Zoranej ziemi, co — tknięta wron lotem — Paruje ciężko i chłodnieje zwolna. Na widnokresie jakaś mgła dowolna, Cień, nie mający przyczyn wśród przestworu, Rośnie, by zwiększyć potęgę wieczoru, I wśród rosnących z nim razem bezmiarów Dziwnie brzmią zgiełki świerszczących komarów.

Toon het hele gedichtGedicht inklappen

Aplikacja Learn Poems

Wypróbuj aplikację Learn Poems

Wszystko z trenera na stronie i jeszcze więcej: nowe ćwiczenia, nagrywanie głosu i udostępnianie, przypomnienia, szybka powtórka.

„Wieczór” Bolesława Leśmiana nie jest zapisem widoku, lecz zapisem stawania się wieczoru. Nie chodzi tu o to, co widać na horyzoncie, ale o samą siłę, która każe rzeczom blednąć, stygnąć i tracić podobieństwo do siebie. W centrum tego doświadczenia leży czar „drętwy samego patrzenia we wszystko naraz, w nic zasię zosobna” — stan, w którym patrzenie przestaje wybierać przedmiot i zamienia się w trwanie. Wieczór rośnie celowo: mgła i cień pojawiają się nie z przyczyny, lecz po to, „by zwiększyć potęgę wieczoru”.

Formalnie utwór składa się z trzydziestu wersów pisanych regularnym jedenastozgłoskowcem ze średniówką po piątej sylabie. Ta miarowość nie krępuje obrazu; przeciwnie, daje mu powolny, niemal hipnotyczny oddech. Rymy w pierwszej części przeplecione — „łące” – „gasnące”, „wzgórza” – „przedłuża” — w dalszych partiach chętnie łączą się w pary, jak „drągi” – „przeciągi” czy „potem” – „lotem”, jakby wieczór stopniowo zamykał kolejne obrazy w osobne kadry. Zdania spina przerzutniami, dzięki czemu tekst sunie od słońca wlokącego cień chmury po łące, przez postać dziewczyny i krowy, aż po mgłę na widnokresie.

Obraz otwiera mocny gest: „Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące / wielki cień chmury”. Zachód nie jest tu grą światła, lecz ciężarem, który się ciągnie. W tej pustce jedynym intensywnym kolorem okazuje się „purpurowa chusta” dziewczyny. Dziewczyna z kolanami objętymi dłońmi trwa bez ruchu i snu, „coraz bardziej pod niebios namiotem samotniejąca”. Czasownik „samotnieć” oddaje proces, nie stan — samotność staje się żywiołem. Patrzy ona „we wszystko naraz, w nic zasię zosobna”, a więc jej wzrok nie zmierza ku rzeczom, lecz rozprasza się w całości świata. To spojrzenie uruchamia w wierszu specyficzną bezforemność: kontury słabną, a rzeczy zaczynają istnieć obok siebie, a nie naprzeciw siebie.

Obok tej postaci pojawia się krowa — „wpobok, zaledwo do siebie podobna, / wyolbrzymiona wobec próżni świata”. Zwierzę, zwykle przynależne do wiejskiego konkretu, zostaje tu powiększone i odrealnione. Różowi się w gasnącym świetle, „jednym rogiem pół słońca odkrawa, / a drugim wadzi o daleką gruszę”. Jeden róg dotyka więc słońca, drugi gruszy — kosmos i codzienność spotykają się w tym samym ciele. Krowa nie przestaje być krową, a jednocześnie staje się istotą niemal mityczną.

Paradoksalna jest też warstwa dźwiękowa. „Sennych owadów nieprzytomna wrzawa / umacnia pustkę i podsyca głuszę” — hałas nie niszczy ciszy, lecz ją wzmacnia. Podobnie zapach „tchu ziół dalekich, zaprawnego potem / zoranej ziemi” miesza to, co eteryczne, z tym, co ciężkie i ludzkie. Ziemia „tknięta wron lotem” paruje i chłodnieje, więc wieczór odczuwamy także na skórze. W finale rośnie „mgła dowolna” i „cień, nie mający przyczyn wśród przestworu”. Te określenia są kluczowe: mgła nie wynika z praw przyrody, lecz z woli wieczoru. Świat przedstawiony traci przyczynowość, zyskuje za to rytuał.

Właśnie w tym przesunięciu tkwi znaczenie wiersza. Leśmian nie opisuje wieczoru jako scenerii, lecz jako żywioł, który rozszerza się, umacnia pustkę i wchłania w nią człowieka, zwierzę i pejzaż. Język z archaicznym „zasię” i niecodziennym „wpobok” nie tylko nazywa ten stan, ale go współtworzy. Jeszcze w końcowym obrazie brzmią „zgiełki świerszczących komarów” — słowa splatają ze sobą dwa rodzaje owadziego brzęczenia, jakby język sam tracił zdolność rozróżniania. Dzięki temu „Wieczór” jest nie tyle obrazem zachodu słońca, ile próbą zatrzymania chwili, w której patrzenie staje się czarem, a świat na moment przestaje być zbiorem osobnych rzeczy.

Lees ook

Meer van Bolesław Leśmian

Alle gedichten
VerdrietigBolesław Leśmian

Dwoje ludzieńków

Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie. Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.
RomantischBolesław Leśmian

W malinowym chruśniaku

W malinowym chróśniaku, przed ciekawych wzrokiem Zapodziani po głowy, przez długie godziny Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny. Palce miałaś naoślep skrwawione ich sokiem.
VrolijkBolesław Leśmian

Zmory wiosenne

Biegnie dziewczyna lasem. Zieleni się jej czas... Oto jej włos rozwiany, a oto — szum i las! Od mrowisk słońce dymi we złotych kurzach — mgłach, A piersi jej rozpiera majowy, cudny strach!