„Wieczór” Bolesława Leśmiana nie jest zapisem widoku, lecz zapisem stawania się wieczoru. Nie chodzi tu o to, co widać na horyzoncie, ale o samą siłę, która każe rzeczom blednąć, stygnąć i tracić podobieństwo do siebie. W centrum tego doświadczenia leży czar „drętwy samego patrzenia we wszystko naraz, w nic zasię zosobna” — stan, w którym patrzenie przestaje wybierać przedmiot i zamienia się w trwanie. Wieczór rośnie celowo: mgła i cień pojawiają się nie z przyczyny, lecz po to, „by zwiększyć potęgę wieczoru”.
Formalnie utwór składa się z trzydziestu wersów pisanych regularnym jedenastozgłoskowcem ze średniówką po piątej sylabie. Ta miarowość nie krępuje obrazu; przeciwnie, daje mu powolny, niemal hipnotyczny oddech. Rymy w pierwszej części przeplecione — „łące” – „gasnące”, „wzgórza” – „przedłuża” — w dalszych partiach chętnie łączą się w pary, jak „drągi” – „przeciągi” czy „potem” – „lotem”, jakby wieczór stopniowo zamykał kolejne obrazy w osobne kadry. Zdania spina przerzutniami, dzięki czemu tekst sunie od słońca wlokącego cień chmury po łące, przez postać dziewczyny i krowy, aż po mgłę na widnokresie.
Obraz otwiera mocny gest: „Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące / wielki cień chmury”. Zachód nie jest tu grą światła, lecz ciężarem, który się ciągnie. W tej pustce jedynym intensywnym kolorem okazuje się „purpurowa chusta” dziewczyny. Dziewczyna z kolanami objętymi dłońmi trwa bez ruchu i snu, „coraz bardziej pod niebios namiotem samotniejąca”. Czasownik „samotnieć” oddaje proces, nie stan — samotność staje się żywiołem. Patrzy ona „we wszystko naraz, w nic zasię zosobna”, a więc jej wzrok nie zmierza ku rzeczom, lecz rozprasza się w całości świata. To spojrzenie uruchamia w wierszu specyficzną bezforemność: kontury słabną, a rzeczy zaczynają istnieć obok siebie, a nie naprzeciw siebie.
Obok tej postaci pojawia się krowa — „wpobok, zaledwo do siebie podobna, / wyolbrzymiona wobec próżni świata”. Zwierzę, zwykle przynależne do wiejskiego konkretu, zostaje tu powiększone i odrealnione. Różowi się w gasnącym świetle, „jednym rogiem pół słońca odkrawa, / a drugim wadzi o daleką gruszę”. Jeden róg dotyka więc słońca, drugi gruszy — kosmos i codzienność spotykają się w tym samym ciele. Krowa nie przestaje być krową, a jednocześnie staje się istotą niemal mityczną.
Paradoksalna jest też warstwa dźwiękowa. „Sennych owadów nieprzytomna wrzawa / umacnia pustkę i podsyca głuszę” — hałas nie niszczy ciszy, lecz ją wzmacnia. Podobnie zapach „tchu ziół dalekich, zaprawnego potem / zoranej ziemi” miesza to, co eteryczne, z tym, co ciężkie i ludzkie. Ziemia „tknięta wron lotem” paruje i chłodnieje, więc wieczór odczuwamy także na skórze. W finale rośnie „mgła dowolna” i „cień, nie mający przyczyn wśród przestworu”. Te określenia są kluczowe: mgła nie wynika z praw przyrody, lecz z woli wieczoru. Świat przedstawiony traci przyczynowość, zyskuje za to rytuał.
Właśnie w tym przesunięciu tkwi znaczenie wiersza. Leśmian nie opisuje wieczoru jako scenerii, lecz jako żywioł, który rozszerza się, umacnia pustkę i wchłania w nią człowieka, zwierzę i pejzaż. Język z archaicznym „zasię” i niecodziennym „wpobok” nie tylko nazywa ten stan, ale go współtworzy. Jeszcze w końcowym obrazie brzmią „zgiełki świerszczących komarów” — słowa splatają ze sobą dwa rodzaje owadziego brzęczenia, jakby język sam tracił zdolność rozróżniania. Dzięki temu „Wieczór” jest nie tyle obrazem zachodu słońca, ile próbą zatrzymania chwili, w której patrzenie staje się czarem, a świat na moment przestaje być zbiorem osobnych rzeczy.