Morsztyn zestawia w kilku wersach najjaśniejsze, najczystsze rzeczy, jakie zna: marmur z Karary, mleko, łabędzia, perłę, świeży śnieg i zerwaną lilię. Każda z nich ma być symbolem doskonałej bieli. Dopiero w puencie okazuje się, po co to wyliczenie: twarz i szyja ukochanej są jeszcze bielsze niż wszystkie te porównania razem wzięte.
Mówiący patrzy na swoją pannę z wyraźnym zachwytem, niemal z dumą. Jego uczucie jest wyidealizowane – nie opisuje konkretnej osoby, lecz raczej wrażenie nieskazitelności i piękna, jakie ona w nim budzi. Całość ma lekki, zmysłowy nastrój, a drobiazgowe stopniowanie bieli nadaje wypowiedzi ton subtelnego komplementu: spośród wszystkiego, co w świecie wydaje się idealne, najdoskonalsza i tak pozostaje ona.