«Lubię, kiedy kobieta» to liryczna spowiedź męskiego „ja”, które z niezwykłą precyzją opowiada o cudzym ciele i własnym pragnieniu. Mówienie nie układa się tu w rozmowę: kobieta jest obserwowana, opisywana, niemal rozbierana wzrokiem, a podmiot ani na chwilę nie traci kontroli. Centralne napięcie utworu rodzi się między fascynacją zmysłowym omdleniem kobiety a samotnym ruchem myśli, która w finale odlatuje w „nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata”.
Regularność wiersza podkreśla ten chłodny porządek. Utwór składa się z czterech strof, a każda linia to trzynastozgłoskowiec ze średniówką po siódmej sylabie, o rymach parzystych, żeńskich i dokładnych: „objęciu – przegięciu”, „blednie – bezwiednie”, „oddechem – uśmiechem”. Para rymująca się z parą nadaje całości płynny, niemal hipnotyczny rytm. Powracająca na początku kolejnych strof formuła „lubię” zmienia tekst w litanię upodobań, jakby podmiot wyliczał własne erotyczne pewniki. W tym spokojnym, równym toku znaczące staje się „krótkie, urywane” oddychanie kobiety — jej ciało żyje gwałtownie, podczas gdy wiersz płynie statecznie. Kontrast ten zdradza, kto patrzy i kto panuje nad sytuacją.
Obrazowanie budują przede wszystkim szczegóły cielesne: kobieta „omdlewa w objęciu”, jej twarz „blednie”, oczy „zachodzą mgłą”, a wilgotne wargi rozchylają się bezwiednie. To ciało zdradza podniecenie poza wolą, niemal poza świadomością. Podmiot wybiera znaki utraty kontroli: drżące palce „wpijające się w ramiona”, mdlejący uśmiech, spojrzenie pozbawione ostrości. Kobieta jest tu najpierw ciałem, dopiero potem osobą; pojawia się jako „kobieta”, nie jako konkretna postać z imieniem i historią. Ta bezimienność wzmacnia wrażenie, że dla mówiącego liczą się odruchy, a nie relacja. Motyw omdlenia powraca w finale w słowie „nieprzytomnie” — utrata przytomności spina cały utwór niczym znak rozkoszy graniczącej z chwilowym zniknięciem.
W trzeciej strofie fascynacja przesuwa się z ciała na psychikę, a ściślej — na wstyd. Bohater wyznaje, że podoba mu się zakaz, który „kobiecie zabrania / Przyznać, że czuje rozkosz”. Erotyzuje więc nie samą namiętność, lecz walkę między pożądaniem a konwenansem. Kobieta „szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia”: jej ciało dąży do bliskości, ale świadomość nie potrafi tego nazwać. Podmiot staje się jedynym, który wie i widzi; cudzy wstyd jest dla niego podnietą, a zarazem dowodem własnej przewagi. Napięcie potęguje wyrażenie „sycenie żądzy oszalenia” — akt zmysłowy staje się w nim chwilowym zawieszeniem rozumu.
Ostatnia strofa przynosi odwrócenie. Gdy kobieta leży „wyczerpana, zmęczona [...] nieprzytomnie”, myśl mówiącego „już od niej wybiega skrzydlata” w „nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata”. Spełnienie nie przeradza się we wspólnotę ani czułość. Przeciwnie: po zmysłowym nasyceniu następuje ruch w górę, ku metafizyce, ale kobieta nie towarzyszy już temu lotowi. To sprawia, że utwór jest nie tylko erotykiem, lecz także studium samotności męskiego podmiotu — kobieta staje się bramą do ekstazy, po której zostaje w sypialni, podczas gdy myśl wybiega poza świat.
Znaczenie wiersza wiąże się z odwagą mówienia o pożądaniu. Tetmajer, jeden z czołowych poetów Młodej Polski, pokazuje rozkosz jako zjawisko cielesne i psychiczne zarazem, bez ckliwego sentymentalizmu. Zarazem utwór pozostaje przykładem męskiego spojrzenia, które zamienia kobietę w widowisko i milczący obiekt. To napięcie — między śmiałością erotyku a przedmiotowym traktowaniem kobiety — czyni ten tekst wciąż interesującym dla dzisiejszego czytelnika. Widać w nim młodopolską tęsknotę do nieskończoności zrodzoną z bardzo ziemskiego zmysłu, ale też egoizm pragnienia, które po zaspokojeniu natychmiast ucieka w samotny lot.