„Nie wierzę w nic, nie pragnę niczego na świecie” — od tej podwójnej negacji zaczyna się wiersz, który brzmi nie jak chłodna teza filozoficzna, lecz jak gorzkie wyznanie. Podmiot od razu ustawia się po stronie całkowitej odmowy: odrzuca wiarę, pragnienia, czyny i cudze zapały. A jednak jego niewiara nie jest bezczynna. W pierwszej strofie pojawia się obraz niszczenia własnych ideałów: „posągi moich marzeń strącam z piedestałów / I zdruzgotane rzucam w niepamięci śmiecie”. To gest gwałtowny, niemal samobójczy wobec własnej przeszłości. Marzenia przybierają postać posągów, czyli rzeczy wzniosłych, trwałych i pięknych, ale też martwych. Zniszczenie ich oznacza odarcie świata z sensu, a zarazem wyrzucenie części siebie w niepamięć.
Druga strofa rozwija ten obraz przez porównanie z rzeźbiarzem, „co chciał zakląć w marmur Afrodytę” i widząc daremność trudu, depce rozbite marmury. Rzeźbiarz pragnął zamknąć w materiale absolutne piękno, może nawet dotknąć boskości. Kiedy okazuje się to niemożliwe, jego rozpacz przeradza się w dzikie szaleństwo. Mówiący podkreśla, że sam depcze swoje marzenia „z żalu”, a więc z bólu po rozczarowaniu, a nie z zimnej pogardy. W kluczowej formule „plącząc krzyk bólu z śmiechem i przekleństwem” mieszają się cierpienie, szyderstwo i gniew. To ważny moment: nihilizm pokazany tu zostaje jako rana po utraconej wierze, jako wściekłość artysty, któremu świat odmówił doskonałości.
W trzeciej i czwartej strofie ton pozornie łagodnieje, ale pozostaje paradoks. Podmiot, który przed chwilą mówił „nie wierzę w nic”, przyznaje: „I jedna mi już tylko wiara pozostała: / Że konieczność jest wszystkiem, wola ludzka niczem”. Niewiara całkowita okazuje się więc niemożliwa — ocalała wiara w konieczność, czyli przekonanie, że człowiek nic nie znaczy, a jego decyzje są złudzeniem. To nie jest nadzieja, lecz zgoda na klęskę. W parze z nią idzie jedyne pragnienie: „Nirwany, w której istność pogrąża się cała / W bezwładności, w omdleniu sennem, tajemniczem”. Nirwana nie przypomina tu religijnego wyzwolenia ani oświecenia; jest raczej snem bez snów, omdleniem, rozpłynięciem się w bezruchu. Ostatnie słowa — „przechodzi zwolna w nieistnienie” — pokazują, że celem podmiotu jest przestać czuć, a nie dostąpić jakiejś wyższej prawdy. Wcześniejsza gwałtowność ustępuje pragnieniu biernego zniknięcia.
Forma utworu podkreśla jego dramatyczny charakter. Wiersz ma czternaście wersów i budowę sonetową: dwa czterowiersze i dwa trójwiersze. Regularny, trzynastozgłoskowy rytm oraz rymy okalające w czterowierszach nadają wypowiedzi powagę, a zarazem wrażenie, że emocja została zamknięta w rygorze. Powtarzające się rymy w tercetach wiążą ze sobą myśl o konieczności, tajemnicy i nieistnieniu, jakby cały utwór zmierzał do wyciszenia. Kluczowe słowa — „strącam”, „depcę”, „konieczność”, „bezwładność”, „nieistnienie” — układają się w linię od czynnego niszczenia po wolne gaśnięcie.
Wiersz odczytuję przede wszystkim jako portret rozczarowania kogoś, kto wierzył zbyt mocno i dlatego nie umie przejść na pozycje obojętności. Jego siła polega na tym, że negacja nie jest tu chłodna, lecz namiętna: zniszczone posągi, wściekły rzeźbiarz, szyderstwo z własnych ideałów pokazują, że ten, kto mówi „nie wierzę w nic”, wciąż jeszcze cierpi. To napięcie między absolutną negacją a pragnieniem nicości czyni z utworu przejmujące świadectwo duchowego zmęczenia.