Kazimierz Przerwa-Tetmajer należy do poetów Młodej Polski, dla których Tatry były nie tylko motywem krajobrazowym, lecz przestrzenią doświadczenia wewnętrznego. Utwór «Z Tatr» zaczyna się jak nastrojowy opis: światło zlewa się z mgłą na zboczach, potok skrzy się w słońcu, ciemnozielony smrekowy las drzemie w złocistej mgle. Wszystko zdaje się pogrążone w spokoju, ciszy i śnie. Dopiero końcowe strofy ujawniają, że ten widok ogląda ktoś stojący na szczycie, a sama piękność górskiego świata wywołuje w nim niepokojące uczucie: „bez brzegu i bez dna tęsknicę, / Niewysłowiony żal…”. Centralnym napięciem wiersza nie jest górska groza, lecz kontrast między doskonałą harmonią pejzażu a melancholią człowieka, który się w tę harmonię wpatruje.
Całość składa się z ośmiu trójwersowych strof. Dwa pierwsze wersy każdej zwrotki łączy rym — „zbocza – przezrocza”, „kamieni – mieni”, „złocistej – uroczystej” — natomiast trzeci wers pozostaje krótki i nierymowany. Taki układ sprawia, że opis płynie powoli, a urwane domknięcia przypominają echo lub oddech w dolinie. Rytm nie narzuca się agresywnie; raczej kołysze, wycisza i przedłuża wrażenie sennego zawieszenia. To ważne, bo od pierwszego wersu poeta buduje atmosferę, w której górski świat trwa w bezruchu.
W obrazowaniu dominują światło i kolor, ale są one zmiękczone mgłą. Mgła jest najpierw „przezrocza”, potem „złocista”, a nad doliną „rozwiesza się srebrzysto-turkusowa cisza” — wrażenie wzrokowe zastępuje słuchowe, jakby cisza miała barwę i ciężar. Senność podkreślają czasowniki: las „drzemie”, skały „zasnęły”, cały pejzaż trwa w uroczystej ciszy. Jednak w tej harmonii pojawiają się sygnały martwoty: „martwy głaz” bieleje wśród bujnych traw, naga szara ściana jest stroma, a na końcu przepaść „rozwiera ciemną paszczę”. To zapowiada przełom — w jasny, spokojny krajobraz wkrada się ciemność.
Przełom następuje w ostatnich dwóch strofach, gdy po raz pierwszy pojawia się „ja”. Wcześniej wiersz był niemal bezosobowy, widzieliśmy tylko przedmioty i zjawiska. Teraz podmiot patrzy ze szczytu w dół i w dal, a ciemna przepaść przestaje być wyłącznie elementem topografii. To z niej, a może z samej wysokości i ogromu, wypływa „tęsknica bez brzegu i bez dna”. Przymiotniki przestrzenne, które wcześniej opisywały górski świat, wracają tu jako cechy uczucia. Dzięki temu żal nie jest zwykłym smutkiem, lecz stanem bliskim metafizycznemu lękowi — tym silniejszym, że niewysłowionym.
Znaczenie tego utworu polega na umiejętności przekształcenia pejzażu w zwierciadło duszy. Tetmajer nie opowiada anegdoty, nie moralizuje, lecz buduje nastrój za pomocą koloru, mgły, ciszy i rytmu, by w finale uderzyć w ton egzystencjalny. Tatry stają się przestrzenią, w której człowiek odczuwa własną małość i tęsknotę za tym, czego nie umie nazwać. Właśnie to połączenie malarskiej precyzji z symbolicznym niepokojem nadaje wierszowi siłę wykraczającą poza zwykły górski pejzaż.