Krajobraz górski jawi się jako przestrzeń sennej harmonii: mgły zlewają się ze zboczami, potok skrzy się jak srebrno-tęczowy sznur, a ciemnozielony smrekowy las drzemie w złocistej mgle. Wszystko wydaje się nieruchome, ciche, zanurzone w świetle i spokoju — nawet martwe głazy i strome skalne ściany wtapiają się w tę pogodną całość, nad którą wisi srebrzysto-turkusowa cisza nieba. To obraz statyczny, niemal oniryczny, w którym czas jakby się zatrzymał.
Jednak patrząc ze szczytu w dół, w ciemną paszczę przepaści i w dal, osoba mówiąca przeżywa nagły przełom: zamiast ukojenia przychodzi bezbrzeżna tęsknica i niewysłowiony żal. Piękno gór nie daje więc prostego pocieszenia — budzi poczucie czegoś ogromnego, nieuchwytnego, wobec czego człowiek czuje się mały. Nastrój jest kontemplacyjny, lecz podszyty melancholią i niepokojem, jakby majestat przyrody otwierał wewnętrzną pustkę albo pragnienie, którego nie da się nazwać. Dlatego obraz gór staje się tu lustrem wewnętrznego niepokoju.