Stefek Burczymucha to mały samochwał, który przez cały dzień przekonuje otoczenie o własnej nieustraszoności. W jego mniemaniu nie ma zwierzęcia, któremu nie dałby rady: niedźwiedź, wilki, lew, szakal, a nawet wieloryb. Tymczasem finał przynosi zderzenie tych przechwałek z rzeczywistością – chłopiec budzi się na sianie, bierze zwykłą mysz za tygrysa lub lwa i ucieka z krzykiem. Wiersz pogodnie obnaża rozdźwięk między słowami a czynami i pokazuje, że odwaga deklarowana na wyrost szybko pęka w zetknięciu z drobiazgiem.
Autorką utworu jest Maria Konopnicka, jedna z najważniejszych polskich poetek, która w swojej twórczości dla dzieci chętnie łączyła humor ze zrozumieniem dziecięcej wyobraźni. Utwór ma formę regularnych, ośmiozgłoskowych wersów układających się w rymowane pary. Ten miarowy, skoczny rytm przypomina dziecięcą wyliczankę, dzięki czemu opowieść toczy się wartko i łatwo wpada w ucho. Rymy są dokładne i dźwięczne, co wzmacnia komizm: podniosłe deklaracje Stefka brzmią jak rymowanka, a nie jak poważne wyznanie.
Wiele dzieje się już w samym imieniu i przezwisku bohatera. Stefek to zdrobnienie podkreślające dziecięcość, a Burczymucha brzmi z jednej strony zawadiacko, z drugiej nieco groteskowo – kojarzy się z burczeniem, krzykliwością i pozowaniem na groźnego zucha. Słowo zuch pojawia się w wierszu z ironicznym uśmiechem: narrator nazywa go zuchem, ale czytelnik szybko widzi, że ów zuch ucieknie przed istotą mniejszą od swojej dłoni. Narrator zresztą trafnie puentuje dzień bohatera: zuch nasz trąbi swe pochwały. Ten czasownik zamienia chłopca w hałaśliwego trębacza własnej sławy.
W pierwszej części dominuje egzotyczna menażeria. Stefek wylicza niedźwiedzia, wilki, lwa, szakala i wieloryba, a każda kolejna zapowiedź jest coraz bardziej przesadzona. Mówi o wyprawie na ocean i chwytaniu wieloryba, jakby wybierał się na bohaterską przygodę. W ten patetyczny obraz wkrada się jednak komiczny dysonans: bohater przyznaje, że omija Brysia, psa, gdyż nie lubi, gdy ktoś szczeka. Ten drobny nawias demaskuje prawdziwe proporcje jego odwagi – najgroźniejsze okazuje się to, co zwykłe i bliskie.
Najsilniejszy kontrast przynosi scena finałowa. Zamiast tygrysa, lwa, kopyt i rogów, które wyobraźnia podsuwa chłopcu, ojciec i służba widzą maleńką mysz spokojnie jedzącą serek. Zdrobniałe rzeczowniki – myszka, ząbki, serek – tworzą obraz łagodny i niegroźny. Mysz nie walczy, nie atakuje, tylko siedzi sobie, jakby nie zauważała całej awantury. Zestawienie krzyku o tygrysie z cichym skrobaniem sera przez małą myszkę jest komicznym ukoronowaniem i zarazem moralnym punktem wiersza.
To, co czyni ten utwór ważnym, to sposób, w jaki łączy humor z wychowawczym przesłaniem. Konopnicka nie wygłasza surowego morału ani nie ośmiesza bohatera okrutnie. Przygląda mu się z ciepłą ironią, dzięki czemu młody czytelnik może rozpoznać w Burczymusze własne drobne przechwałki, ale nie czuje się potępiony. Wiersz uczy, że prawdziwa odwaga nie potrzebuje głośnych zapowiedzi, a strach bywa odwrotnie proporcjonalny do realnego zagrożenia.