Adam Asnyk
Most common moods
Most common topics
Poems
Między nami nic nie było
The first poems in full
Read them hereShow fewer poems
Daremne żale
Daremne żale, próżny trud, Bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud Nie wróci do istnienia.
Świat wam nie odda, idąc wstecz, Zniknionych mar szeregu: Nie zdoła ogień ani miecz Powstrzymać myśli w biegu.
Trzeba z Żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe: A nie w uwiędłych laurów liść Z uporem stroić głowę!
Wy nie cofniecie życia fal! Nic skargi nie pomogą! Bezsilne gniewy, próżny żal! Świat pójdzie swoją drogą.
Do młodych
Szukajcie prawdy jasnego płomienia, Szukajcie nowych, nieodkrytych dróg! Za każdym krokiem w tajniki stworzenia Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia I większym staje się Bóg!
Choć otrząśniecie kwiaty barwnych mytów, Choć rozproszycie legendowy mrok, Choć mgłę urojeń zedrzecie z błękitów, — Ludziom niebiańskich nie zbraknie zachwytów, Lecz dalej sięgnie ich wzrok.
Każda epoka ma swe własne cele I zapomina o wczorajszych snach: Nieście więc wiedzy pochodnię na czele I nowy udział bierzcie w wieków dziele, — Przyszłości podnoście gmach!
Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, Choć macie sami doskonalsze wznieść: Na nich się jeszcze święty ogień żarzy, I miłość ludzka stoi tam na straży, I wy winniście im cześć!
Ze światem, który w ciemność już zachodzi Wraz z całą tęczą idealnych snów, Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi: I wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi, W ciemnościach pogasną znów!
Gdybym był młodszy
Gdybym był młodszy, dziewczyno, Gdybym był młodszy! Piłbym, ach, wtenczas, nie wino, Lecz spojrzeń twoich najsłodszy Nektar, dziewczyno!
Ty-byś mnie może kochała, Jasny aniele... Na tę myśl pierś mi zadrżała, Bo widzę szczęścia zawiele, Gdybyś kochała!
Gwiazd-bym nie szukał na niebie, Ani miesiąca, Ale-bym patrzał na ciebie, Boś więcej promieniejąca Od gwiazd na niebie!
Wzgardziłbym słońca jasnością I wiosny tchnieniem, A żyłbym twoją miłością; Boś ty jest mojem natchnieniem I słońc jasnością.
Ale już jestem za stary, Bym mógł, dzieweczko, Zażądać serca ofiary: Więc bawię tylko piosneczką, — Bom już za stary!
Uciekam od ciebie zdala, Motylu złoty! Bo duma mi nie pozwala Cierpieć, więc, pełen tęsknoty, Uciekam zdala.
Śmieję się i piję wino Mieszane z łzami, I patrzę, piękna dziewczyno, W swą przeszłość pokrytą mgłami I — piję wino...
Ja ciebie kocham!
„Ja ciebie kocham!” Ach, te słowa Tak dziwnie w mojem sercu brzmią! Miałażby wrócić wiosna nowa I zbudzić kwiaty, co w niem śpią? Miałbym w miłości cud uwierzyć? Jak Łazarz z grobu mego wstać? Młodzieńczy, dawny kształt odświeżyć, Z rąk twoich nowe życie brać?
„Ja ciebie kocham!” Czyż być może? Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc? Ach nie! bo jasną widzę zorzę I pierzchającą widzę noc, I wszystko we mnie inne, świeże! Zwątpienia w sercu stopniał lód, I znowu pragnę — kocham — wierzę — Wierzę w miłości wieczny cud!
„Ja ciebie kocham!” Świat się zmienia, Zakwita szczęściem od tych słów, I tak jak w pierwszych dniach stworzenia Przybiera ślubną szatę znów! A dusza skrzydła znów dostaje: Już jej nie ściga ziemski żal — I w elizejskie leci gaje I tonie pośród światła fal!
Jednego serca! tak mało, tak mało
Jednego serca! tak mało, tak mało! Jednego serca trzeba mi na ziemi! Coby przy mojem miłością zadrżało: A byłbym cichym pomiędzy cichemi.
Jednych ust trzeba! skądbym wieczność całą Pił napój szczęścia ustami mojemi; I oczu dwoje, gdziebym patrzał śmiało, Widząc się świętym pomiędzy świętemi.
Jednego serca i rąk białych dwoje! Coby mi oczy zasłoniły moje, Bym zasnął słodko, marząc o aniele,
Który mnie niesie w objęciach do nieba... Jednego serca! tak mało mi trzeba, A jednak widzę, że żądam — zawiele.
Limba
Wysoko na skały zrębie, Limba iglastą koronę Nad ciemne zwiesiła głębie, Gdzie lecą wody spienione.
Samotna rośnie na skale, Prawie ostatnia już z rodu... I nie dba, że wrzące fale Skałę podmyły u spodu.
Z godności pełną żałobą Chyli się ponad urwisko I widzi w dole pod sobą Tłum świerków rosnących nizko.
Te łatwo wschodzące karły, W ściśniętym krocząc szeregu, Z dawnych ją siedzib wyparły Do krain wiecznego śniegu.
Niech spanoszeni przybysze Pełzają dalej na nowo! Ona się w chmurach kołysze — Ma wolne niebo nad głową!
Nigdy się do nich nie zniży, O życie walczyć nie będzie; Wciąż tylko wznosi się wyżej Na skał spadziste krawędzie.
Z pogardą patrzy u szczytu Na tryumf rzeszy pozioméj: Woli samotnie z błękitu Upaść — strzaskana przez gromy.
Ranek w górach
Wyzłocone słońcem szczyty Już różowo w górze płoną, I pogodnie lśnią błękity Nad pogiętych skał koroną.
W dole — lasy skryte w cieniu Toną jeszcze w mgle perłowéj, Co w porannem oświetleniu Mknie się zwolna przez parowy.
Lecz już wietrzyk mgłę rozpędza, I ta rwie się w chmurek stada... Jak pającza, wiotka przędza, Na krawędziach skał osiada;
A z pod sinej tej zasłony Świat przegląda coraz szerzej, Z nocnych, cichych snów zbudzony, Taki jasny, wonny, świeży!
Wszystko srebrzy się dokoła Pod perlistą, bujną rosą; Świerki, trawy, mchy i zioła Balsamiczny zapach niosą.
A blask spływa wciąż gorętszy, Coraz głębiej oko tonie; Cudowności świat się piętrzy W wyzłoconej swej koronie.
Góry wyszły jak z kąpieli I swem łonem świecą czystem, W granitowej świecą bieli, W tem powietrzu przezroczystem.
Każdy zakręt, każdy załom Wyskakuje żywy, dumny; Słońce dało życie skałom, Rzeźbiąc światłem ich kolumny.
Wszystko skrzy się, wszystko mieni, Wszystko w oczach przeistacza; Gra przelotnych barw i cieni Coraz szerszy krąg zatacza.
Już zdrój srebrną pianą bryzga, Gdy po ostrych głazach warczy; Już się żywszy odblask ślizga Po jeziorek sinej tarczy;
Już pokraśniał rąbek lasu, Już się wdzięczy i uśmiecha Brzeg doliny — a z szałasu Dolatują śpiewne echa...
Przez zielone łąk kobierce, Dzwoniąc, idą paść się trzody... Jakaś rozkosz spływa w serce, Powiew szczęścia i swobody.
Pierś się wznosi, pierś się wzdyma I powietrze chciwie chwyta; Dusza wybiedz chce oczyma Upojona, a nie syta —
Niby lecieć chce skrzydlata, Obudzona jak z zaklęcia, I tę całą piękność świata Chce uchwycić w swe objęcia.
Ta łza
Ta łza, co z oczu twoich spływa, Jak ogień pali moją duszę, I wciąż mnie dręczy myśl straszliwa, Że cię w nieszczęściu rzucić muszę.
Że cię zostawię tak znękaną, I nic z win przeszłych nie odrobię. Ta myśl jest wieczną serca raną, I ścigać będzie jeszcze w grobie.
Myślałem, że nim rzucę ziemię, Twych nieszczęść szala się przeważy, Że z ramion ciężkie spadnie brzemię, I ujrzę radość na twej twarzy.
Lecz gdy los na to nie dozwoli, Po cierniach w górę wciąż się wspinaj, A choć winienem twej niedoli, Miłości mojej nie przeklinaj!
Biography
Adam Asnyk (1838–1897) był polskim poetą i dramatopisarzem epoki pozytywizmu. Uczestniczył w powstaniu styczniowym, po czym podróżował po Europie i osiadł w Krakowie. Jego twórczość poetycka obejmuje lirykę refleksyjną, miłosną oraz tatrzańską, wydawaną w kilku tomach zatytułowanych "Poezje". W wierszach łączył tradycję romantyczną z pozytywistycznym racjonalizmem, podejmując tematy przemijania, natury, miłości i roli sztuki. Cykle sonetów "Nad głębiami" i "W Tatrach" należą do najważniejszych osiągnięć polskiej poezji filozoficznej i krajobrazowej XIX wieku. Jego utwory, takie jak "Do młodych" czy "Daremne żale", na stałe weszły do kanonu literatury polskiej. Asnyk uznawany jest za jednego z czołowych poetów polskiego pozytywizmu, a jego twórczość wywarła wpływ na późniejsze pokolenia literackie.
