Limba
Wysoko na skały zrębie, Limba iglastą koronę Nad ciemne zwiesiła głębie, Gdzie lecą wody spienione.
Samotna rośnie na skale, Prawie ostatnia już z rodu... I nie dba, że wrzące fale Skałę podmyły u spodu.
Z godności pełną żałobą Chyli się ponad urwisko I widzi w dole pod sobą Tłum świerków rosnących nizko.
Te łatwo wschodzące karły, W ściśniętym krocząc szeregu, Z dawnych ją siedzib wyparły Do krain wiecznego śniegu.
Niech spanoszeni przybysze Pełzają dalej na nowo! Ona się w chmurach kołysze — Ma wolne niebo nad głową!
Nigdy się do nich nie zniży, O życie walczyć nie będzie; Wciąż tylko wznosi się wyżej Na skał spadziste krawędzie.
Z pogardą patrzy u szczytu Na tryumf rzeszy pozioméj: Woli samotnie z błękitu Upaść — strzaskana przez gromy.