Wyzłocone słońcem szczyty — już w pierwszym wersie Adam Asnyk sygnalizuje, że poranek w górach będzie przede wszystkim spektaklem światła. Wiersz pokazuje stopniowe budzenie się krajobrazu z mgły i nocnej ciszy; opisy przenoszą czytelnika od różowo płonących szczytów, przez lasy i parowy, po rosę, zioła, strumienie i dzwoniące trzody. Nie jest to jednak zwykła pocztówka. W miarę jak świat nabiera ostrości i blasku, budzi się również patrzący człowiek, a jego zachwyt przechodzi w pragnienie, aby ogarnąć całe to piękno.
Utwór składa się z czternastu czterowersowych strof, utrzymanych w regularnym ośmiozgłoskowcu z przeplatanymi rymami. Ta powtarzalność nadaje wierszowi spokojny, niemal medytacyjny rytm, bliski powolnemu wschodzeniu słońca. Spojrzenie prowadzone jest ruchem pionowym: najpierw obejmuje szczyty i „pogiętych skał koronę”, potem zbiega w dół, gdzie lasy „toną jeszcze w mgle perłowej”, by z czasem rozszerzać się na coraz bogatszy widok doliny. Każda strofa doświetla kolejny fragment przestrzeni, jakby wiersz powtarzał gest porannego światła.
Centralną rolę odgrywa obrazowanie jasności i koloru. Szczyty są „wyzłocone” i „różowo” płoną, niebo lśni błękitem, mgła ma odcień perłowy, rosa sprawia, że wszystko „srebrzy się dokoła”. Asnyk nie poprzestaje na nazwaniu barw; pokazuje ich ruch i wzajemne przenikanie: „wszystko skrzy się, wszystko mieni, / wszystko w oczach przeistacza”. Światło staje się twórcą krajobrazu — to ono „dało życie skałom” i „rzeźbiąc światłem ich kolumny” wydobywa z mroku każdy załom. Dzięki temu góry nie są martwym masywem, ale organizmem wynurzającym się z kąpieli, czystym i lśniącym w „granitowej bieli”.
Wrażenia wzrokowe dopełniają dźwięki i zapachy: zdrój bryzga srebrną pianą i „po ostrych głazach warczy”, z szałasu dolatują śpiewne echa, a trzody, dzwoniąc, wychodzą na łąki. Świerki, trawy, mchy i zioła niosą „balsamiczny zapach”. Poeta buduje pejzaż, który działa na wszystkie zmysły, a jednocześnie pozostaje w ciągłym stawaniu się — „gra przelotnych barw i cieni / coraz szerszy krąg zatacza”. Właśnie ta gra nie pozwala czytelnikowi zatrzymać się na dekoracyjnym widoku.
Najważniejszy zwrot następuje w zakończeniu. Obraz nasycony światłem, wonią i dźwiękiem budzi w podmiocie nie spokój, lecz gwałtowne poruszenie: „Pierś się wznosi, pierś się wzdyma / i powietrze chciwie chwyta”. Dusza, „upojona, a nie syta”, chce wyjść poza ciało i „tę całą piękność świata / […] uchwycić w swe objęcia”. To pragnienie lotu czyni z wiersza coś więcej niż opis przyrody; piękno górskiego poranka staje się bodźcem duchowym, obietnicą pełni, która wymyka się uściskowi.
Wiersz ma znaczenie jako jedno z ważnych świadectw tatrzańskiej poezji Asnyka. Pokazuje góry nie jako malowniczą dekorację, lecz jako przestrzeń, w której światło, mgła, skała i woda odsłaniają żywy, niemal święty porządek. To połączenie zmysłowej konkretności z duchowym uniesieniem decyduje o sile „Poranku w górach”: natura nie jest tu tłem dla przeżyć, ale samym przeżyciem.