Podróżny przemierza rozległy, suchy step i czuje się, jakby płynął po oceanie: wóz zanurza się w trawach niczym łódka, wokół falują łąki i kwiaty, a kępy burzanu wyglądają jak koralowe wyspy. Step staje się w tym obrazie żywiołem płynnym, bezbrzeżnym i pozbawionym stałych punktów. Gdy zapada mrok, nie widać drogi ani kurhanu, więc wędrowiec szuka gwiazd jako przewodniczek. Daleki błysk okazuje się nie gwiazdą, lecz Dniestrem i światłem portu w Akermanie.
Potem następuje moment zupełnej ciszy: słychać ciągnące żurawie, ruch motyla na trawie, pełzanie węża. W tej ogromnej, obcej przestrzeni podróżny wytęża słuch tak mocno, że chciałby usłyszeć głos z rodzinnej Litwy. Końcowe „nikt nie woła” odsłania samotność i tęsknotę. Zachwyt nad egzotyką stepu miesza się tu z bólem oddalenia od domu; im piękniejsza i cichsza okazuje się ta przestrzeń, tym dotkliwiej brzmi brak rodowitego głosu. To zarazem obraz podróży i samotności w obcym, choć urzekającym krajobrazie.