Adam Mickiewicz zaczyna utwór od zaskakującego zestawienia: podróżny nie wjeżdża na step, lecz „wpływa” na „suchego przestwór oceanu”. Step staje się morzem, wóz łódką, a wysokie burzany koralowymi wyspami. Czasowniki „nurza się” i „brodzi” podkreślają ruch powolny, zanurzanie się w zieloność, jakby podróżny tracił stały grunt. Już pierwsza strofa zamienia zwykłą drogę w żeglugę po bezmiarze i nadaje wędrówce wymiar egzystencjalny: to podróż przez obcą, nieuchwytną przestrzeń, w której człowiek nie znajduje oparcia.
W drugiej strofie metafora morska ciemnieje. Zapada mrok, znikają punkty orientacyjne — nie ma drogi ani kurhanu. Wędrowiec szuka gwiazd, „przewodniczek łodzi”, lecz zamiast nich widzi dwa ziemskie światła: błysk Dniestru i lampę Akermanu. Niebo nie prowadzi; orientację dają znaki graniczne, rzeka i miasto. Step przestaje być tylko egzotycznym pejzażem, staje się przestrzenią pogranicza, w której podróżny czuje się obco i niepewnie. Geograficzne nazwy Dniestr i Akerman nie są tu jedynie ozdobą — wyznaczają linię między znanym a obcym.
Nagłe „Stójmy!...” przerywa opis jazdy. Następuje zatrzymanie i wsłuchanie się w ciszę. To najbardziej zaskakujący fragment sonetu: podmiot słyszy ciągnące żurawie, których nie dojrzałby sokół, słyszy motyla kołyszącego się na trawie i węża, jak śliską piersią dotyka zioła. Te hiperbole nie są jedynie ozdobą. Pokazują, jak samotność i bezruch wyostrzają zmysły, a ściślej — zmieniają słuch w narzędzie duchowego nasłuchu. Cisza stepu okazuje się gęsta od najdrobniejszych drgań życia; im uważniej podróżny słucha, tym dalej sięga ucho. Wiersz przechodzi od widzenia do słyszenia, od przestrzeni rozległej do przestrzeni wewnętrznej.
W tym napięciu pada najbardziej osobiste wyznanie: „że słyszałbym głos z Litwy”. Cała energia wiersza zmierza do tej pointy. Egzotyczny step, morze traw, gwiazdy, lampa Akermanu — wszystko okazuje się tłem dla tęsknoty za domem. Mickiewicz zderza bezmiar obcej przestrzeni z pamięcią ojczyzny, a ostatni wers „Jedźmy, nikt nie woła” zamyka utwór gorzkim rozczarowaniem. Cudownie wyostrzony słuch nie przynosi upragnionego głosu. Podróżny musi jechać dalej, choć nikt go nie przywołuje. Właśnie to napięcie między ogromem świata a brakiem jednego znajomego głosu stanowi centralną myśl sonetu.
Konstrukcja podkreśla narastanie i pęknięcie. Dwa czterowiersze o rymach okalających — oceanu–burzanu, brodzi–powodzi; kurhanu–Akermanu, łodzi–wschodzi — tworzą zamkniętą, symetryczną całość. Trzynastozgłoskowiec ze średniówką po siódmej sylabie nadaje wierszowi powolny, falujący rytm, jakby zdania kołysały się razem z wozem na stepie. W tercetach rymy przeplatają się luźniej: żórawie–trawie–ciekawie, sokoła–zioła–woła. To wzmacnia wrażenie otwartej, nasłuchującej ciszy, w której powraca tylko echo własnej tęsknoty. Kolejne obrazy — od oceanu, fali i łódki, przez gwiazdy i ciszę, aż po Litwę — prowadzą od pejzażu do wnętrza i od ruchu do zatrzymania.
Znaczenie tego sonetu polega na tym, jak łączy rygorystyczną formę z romantyczną wrażliwością. Egzotyczny pejzaż nie jest tu dekoracją, lecz lustrem samotności. Step jako suchy ocean to obraz, który pozostaje w pamięci, bo oddaje paradoks podróży: im dalej od domu, tym wyraźniej słychać ciszę, jaka po nim została.