«Dwoje ludzieńków» to ballada o miłości, która nie zdążyła się spełnić, i o tym, że jej śmierć pociąga za sobą zniknięcie Boga i świata. Leśmian opowiada historię dwojga tytułowych „ludzieńków” — zdrobniała, niemal baśniowa forma podkreśla ich kruchość i bezradność wobec losu. Pierwsze miłosne wyznanie w ogrodzie, szept, który powinien łączyć, staje się paradoksalnie „przymusem do nagłego rozstania”. Centralna myśl utworu nie polega tylko na żalu po stracie: pokazuje, że dla kochanków, którzy zbyt długo czekali, wraz z miłością rozpada się cała rzeczywistość. Najpierw „już miłości nie było”, potem „nie było już Boga”, a w końcu „nie było już świata”. To stopniowe unicestwienie nadaje wierszowi wymiar metafizyczny.
Utwór ma regularną, balladową budowę: długie, płynne wersy łączą się w rymowane pary, a rytm niesie opowieść niemal jak ludowa pieśń. Już pierwszy obraz — pieśń „wyłkana w żałobie” — wprowadza ton skargi; neologizm „wyłkana” brzmi jak skrzyżowanie łkania i tkania, jakby pieśń była utkana z szlochu. Cała historia zawiera się w krótkich, kontrastowych ujęciach: ogród i rozstanie, czas, który upływa „bezpowrotny, jedyny”, dłonie wyciągnięte „po kwiecie”, po czym nagła choroba, jawor, pod którym stoją dwa łóżka i dwa cienie. Powtórzenie słowa „jawor” trzykrotnie tworzy refren żałobny; podwójne obrazy — dwoje, dwa łóżka, dwa cienie — stale przypominają, że są razem tylko w samotności i śmierci.
W drugiej części wiersza ton staje się coraz bardziej dosadny. Zmarli „bez pieszczoty, bez grzechu, bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu” — wyliczenie z anaforycznym „bez” podkreśla całkowitą pustkę ich miłości, która nie zdążyła zaznać ani grzechu, ani radości. Czerwień ust gaśnie „w zimnym śmierci fiolecie”, a porównanie „jak nikt dotąd na świecie” wyolbrzymia ich cierpienie do rozmiarów absolutnych. To nie jest zwykła śmierć zakochanych; to śmierć miłości jako siły, która miała trwać dłużej niż ciało.
Ostatnie cztery wersy tworzą kulminację. Kochankowie „chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą”, lecz miłość okazała się śmiertelna. Klęczą „spóźnieni u niedoli swej proga” i modlą się o wszystko, ale Boga już nie ma. Gdy próbują wrócić na ziemię, okazuje się, że i świata nie ma. Leśmian nie mówi wprost, czy to oni utracili wiarę, czy świat naprawdę przestał istnieć — ta dwuznaczność wzmacnia wymowę: dla tych, którzy przegapili miłość, żadna transcendencja nie daje schronienia.
Wiersz jest znaczący, ponieważ łączy ludową, niemal naiwną narrację z radykalną myślą egzystencjalną. Zdrobniałe „ludzieńki” budzą czułość, lecz zarazem pokazują, jak niewiele znaczy człowiek wobec czasu i przypadku. Miłość nie jest tu sentymentalnym uczuciem, lecz fundamentem istnienia; gdy ginie, nie zostaje nic. Dzięki muzycznym powtórzeniom, neologizmom i konsekwentnie budowanej gradacji — od miłości przez Boga do świata — Leśmian zamienia prostą opowieść o dwojgu kochankach w przejmującą przypowieść o nieodwracalności czasu i absolutnej cenie utraconej bliskości.