Wiosna wraca, budzi ziemię, słońce, śpiew ptaków i kwiaty, ale osoba mówiąca nie potrafi się tym cieszyć. W każdej strofie zestawia odradzającą się przyrodę z własnym brakiem: słońce świeci, a jego światło nie; zboże rośnie, a jego pszenicy nie widać; słowik śpiewa, a jego ptaszek milczy; łąka kwitnie, a jego kwiatek nie wschodzi. Te powtórzenia brzmią jak cicha skarga. Czuje się opuszczony przez ukochaną Justynę i całą naturę odbiera przez pryzmat jej nieobecności. W zakończeniu zwraca się do wiosny jak gospodarz, który zrosił ziemię łzami i prosi o powrót „urodzaju kochanego”, czyli bliskości lub uczucia. Nastrój jest melancholijny: świat wokół żyje, a w sercu mówiącego trwa jałowa zima. To nie jest radosna pieśń o budzeniu się przyrody, lecz zapis tęsknoty, która nie mija nawet w najpiękniejszej porze roku.
Do Justyny. Tęskność na wiosnę — Streszczenie
Już tyle razy słońce wracało I blaskiem swoim dzień szczyci; A memu światłu cóż to się stało, Że mi dotychczas nie świéci?
Już się i zboże do góry wzbiło, I ledwie nie kłos chce wydać; Całe się pole zazieleniło: Mojej pszenicy nie widać!
Już słowik w sadzie zaczął swe pieśni, Gaj mu się cały odzywa; Kłócą powietrze ptaszkowie leśni: A mój mi ptaszek nie śpiéwa!
Już tyle kwiatów ziemia wydała Po onegdajszej powodzi! W różne się barwy łąka przybrała: A mój mi kwiatek nie wschodzi!
O wiosno, pókiż będę cię prosił, Gospodarz zewsząd stroskany? Jużem dość ziemię łzami urosił: Wróć mi urodzaj kochany!