Fraszka Jana Kochanowskiego «O doktorze Hiszpanie» mieści w sobie całą wieczorną anegdotę, rozegraną w kilku szybkich odsłonach. Lekarz wymawia się od czekania na wieczerzę i idzie spać, towarzysze najpierw dają mu spokój, potem po posiłku idą do niego z dzbanem; doktor nie otwiera, ale drzwi same puszczają, a jedna kolejka przeradza się w dziewięć. Doktor kładł się trzeźwy, wstaje pijany. Zdarzenie zostaje opowiedziane tak, jakby działo się tuż obok, a pointa jest tyleż żartem, ile celną obserwacją o towarzyskiej sile przyzwolenia.
Oś fraszki tworzy kontrast między porządkiem reprezentowanym przez doktora a żywiołem zbiorowej zabawy. Doktor wybiera sen, spokój, może także rozsądek. Współbiesiadnicy wybierają wspólnotę, wieczerzę i dzbana. Zderzenie to nie kończy się jednak morałem. Śmiech budzi raczej prawda o ludzkiej uległości: najpierw pada pozornie rozsądne „jedna nie wadzi”, potem doktor wierzy, że skończy się na jednym, a wkrótce „mózg się we łbie mąci”. Dystans pomiędzy zamiarem a skutkiem okazuje się śmiesznie mały.
Budowa wiersza dodatkowo napędza anegdotę. Rymowane pary następują po sobie, zamykając kolejne etapy zdarzenia jak w miniaturowej scenie teatralnej. Początek od razu wciąga w krąg mówiącego zbiorowego „my”: „Nasz dobry Doktor spać się od nas bierze”. Przymiotnik „nasz” oswaja tytułowego Hiszpana, ale też zdradza, że narrator należy do towarzystwa. Zaraz potem pada pozorna zgoda: „Dajcie mu pokój; najdziem go w pościeli, / A sami przed się bywajmy weseli”. Po wieczerzy jednak idą do niego „nie bez dzbana” – to określenie brzmi prawie jak formuła rytuału, w którym trunkunek jest nieodzownym rekwizytem.
Najzabawniejszym momentem jest scena przy drzwiach. Wołanie „Puszczaj Doktorze towarzyszu miły” łączy szacunek z poufałością, ale zamiast otwarcia następuje przewrotka słowna: „Doktor nie puścił, ale drzwi puściły”. Doktor nie wpuszcza, natomiast drzwi same ustępują. Sprawczość przechodzi z człowieka na przedmiot; granica, która miała chronić spokój, przestaje istnieć. To jedno zdanie jest zarazem opisem i komicznym komentarzem.
Dalszy ciąg rozgrywa się w dialogu. Formułka „jedna nie wadzi” brzmi jak niewinna umowa, odpowiedź doktora – „By jeno jedna” – jak nadzieja, która zaraz zostaje ośmieszona: od jednej kolejki robi się dziewięć. Dosadne „mózg się we łbie mąci” sprowadza pijaństwo do konkretu, bez patosu i bez kazania. Ostatnia wypowiedź doktora zamyka fraszkę jak dobra pointa: „Trudny (powiada) mój rząd z temi pany, / Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany”. „Rząd” znaczy tu porządek, panowanie nad sobą i sytuacją. Doktor nie oskarża, nie moralizuje, tylko z rezygnacją stwierdza, że z takimi panami niczego nie da się zaplanować.
Dla dzisiejszego czytelnika znaczący jest także język utworu. Dawne formy – „daycie”, „pódźmy”, „wierę”, „wadzi”, „dziewiąci”, „piiany” – wyglądają egzotycznie, ale właśnie one przypominają, że fraszka była zapisem mowy żywej, a nie literackim pomnikiem. Kochanowski podgląda grono przyjaciół, słyszy rytm rozmowy i zmienia go w kilkanaście wersów. Dzięki temu ta drobna anegdota pozostaje świeża: mówi o tym, jak łatwo cudza wesołość staje się naszą, a „jedna nie wadzi” okazuje się wstępem do dziewięciu.