Adam Asnyk buduje ten utwór jako litanijną prośbę, w której powracają westchnienia i warunkowe zdania. Podmiot wyznaje, że potrzebuje jednego serca, jednych ust, jednej pary oczu i dwojga białych rąk. Poeta nie kreśli przy tym portretu ukochanej osoby; zamiast konkretu pojawia się ciąg pragnień, co sprawia, że wiersz staje się raczej mową o tęsknocie niż typowym wyznaniem miłosnym. Z pozoru wymaganie jest skromne, wręcz ascetyczne, jednak każde z tych pragnień prowadzi do wyobrażenia miłości doskonałej. To nie jest tylko prośba o wzajemność – to tęsknota za stanem, w którym człowiek staje się lepszy, cichy i święty.
Wiersz ma czternaście wersów i przypomina sonet, choć jego rymy i podział są swobodniejsze. Rytm opiera się na sylabicznym toku, w większości jedenastozgłoskowym ze średniówką po piątej sylabie, co nadaje wypowiedzi spokojny, kołyszący charakter. Rymy żeńskie, paroksytoniczne, oparte na otwartych samogłoskach, łagodzą brzmienie; w pierwszych dwóch czterowierszach przeplatają się, a w zakończeniu pojawia się dwuwiersz i rym okalający. Ta zmiana podkreśla nagłe zatrzymanie, zwrot ku puencie. Zdania często rozciągają się na dwa wersy, a tryb warunkowy „coby”, „skądbym”, „gdziebym”, „bym” sprawia, że całość zawieszona jest między marzeniem a rzeczywistością. Podmiot nie mówi o tym, co ma, lecz o tym, co mogłoby się stać, gdyby jego pragnienie zostało spełnione.
W języku wiersza najważniejsze są słowa oznaczające części ciała – serce, usta, oczy, ręce – ale każde z nich zostaje natychmiast uduchowione. Serce ma zadrżeć miłością, usta stają się źródłem, z którego można by pić wieczność, oczy zaś stają się zwierciadłem, w którym patrzący widzi siebie jako świętego pomiędzy świętymi. Ręce białe mają zakryć oczy, co prowadzi do snu i marzenia o aniele niosącym w objęciach do nieba. Obrazy cielesne zmieniają się więc w duchowe: bliskość drugiego człowieka obiecuje nie tylko szczęście, ale niemal religijne oczyszczenie. Wyrażenie „cichym pomiędzy cichemi” oraz jego paralelne dopełnienie „świętym pomiędzy świętemi” pokazują, że miłość jest tu rozumiana jako brama do innego porządku istnienia – do wspólnoty istot czystych, cichych, zbawionych.
Powtarzające się słowo „jednego” buduje wrażenie, że podmiot redukuje swoje potrzeby do absolutnego minimum. „Tak mało, tak mało” brzmi jak zapewnienie, że nie żąda wiele. Jednak zakończenie gwałtownie to przekreśla: „Jednego serca! tak mało mi trzeba, / A jednak widzę, że żądam — zawiele”. Pauza przed „zawiele” oddziela złudzenie od poznania. Czytelnik rozumie, że serce, które ma zadrżeć miłością, usta dające napój wieczności, oczy, w których można ujrzeć własną świętość, i ręce prowadzące do nieba – to nie jest skromny dar. To żądanie miłości absolutnej, wyłącznej, niemal zbawczej. Podmiot uświadamia sobie, że pragnie, by drugi człowiek stał się dla niego aniołem, a to przekracza granice ludzkich możliwości.
Na tym polega siła utworu: w kilkunastu liniach łączy on intymne wyznanie z refleksją o naturze pragnienia. Miłość jawi się jako potrzeba elementarna – jedna osoba, jedna bliskość – ale zarazem jako żądanie niemożliwe do spełnienia, bo zakłada całkowite oddanie i przemianę. Asnyk prowadzi od prostego wezwania do gorzkiej samoświadomości, nie tracąc przy tym melodyjności i powagi. Dzięki temu wiersz nie staje się jedynie erotykiem, lecz uniwersalną medytacją o ludzkiej tęsknocie za absolutem i o granicach, jakie napotyka ona w ziemskim życiu.