W „Do samotności” słyszymy głos kogoś, kto ucieka przed skwarem codzienności ku chłodnej, krystalicznej toni. Samotność zostaje tu przedstawiona jako woda — żywioł, w którym można się zanurzyć, ochłodzić, uwolnić myśli. Ale utwór nie jest prostą pochwałą ucieczki od ludzi. Jego centrum stanowi rozdarcie: bohater liryczny czuje, że nie należy w pełni ani do wody, ani do powietrza. Jest „ptakiem-rybą”, wygnańcem w obu światach.
Budowa wiersza wzmacnia to wrażenie. Czternastowersowa forma przeplata dłuższe i krótsze wersy, przez co rytm przypomina falowanie: przybliżanie się i cofanie, zanurzanie i wynurzanie. W pierwszej części pojawia się seria dynamicznych czasowników — „biegnę”, „padam”, „nurzam się”, „wzbijam”, „igram” — które nadają monologowi gorączkową energię. Szybkie rymy i krótsze linijki potęgują wrażenie plusku i swobodnego dryfu myśli. Z czasem tempo opada: „Aż ostygły, znużony, złożę moje zwłoki / Choć na chwilę w sen głęboki”. To spowolnienie przygotowuje nadejście refleksji i finalnego pytania.
Obrazowanie wiersza opiera się na kontraście między upałem a chłodem. „Codzienne życia upały” to metafora zmęczenia, emocjonalnego gorąca, nadmiaru bodźców. Naprzeciw nich stają „jasno-czyste chłody” i „niezgłębione kryształy” — łączące przejrzystość z głębią, światło z zimnem. Woda nie jest tu tylko odpoczynkiem; staje się substancją myślenia. Mówiący „nurza się i wzbija w myślach nad myślami”, igra z nimi jak z falami. Samotność zostaje nazwana „żywiołem”, czyli czymś pierwotnym, niezbędnym do istnienia. Jednocześnie działa ona dwuznacznie: „słodzi mi serce; zmysły zaciemniają mrokiem”. Być może daje ukojenie, ale równocześnie usypia, odcina od bodźców, wprowadza w półmrok. Słowo „zwłoki” — zamiast ciała — sugeruje, że odpoczynek w samotności bywa chwilową śmiercią, a nie trwałym domem.
Decydujące pytanie pada w drugiej części: „I za cóż znowu muszę nakształt ptaka-ryby, / Wyrywać się w powietrze, słońca szukać okiem?” Hybryda ptaka i ryby to obraz niemożliwy, niemal emblematyczny. Ryba potrzebuje wody, ptak powietrza; ten, kto łączy obie natury, nie zazna spokoju w żadnym środowisku. Gdy bohater opuszcza samotność, by szukać słońca i życia, u góry brakuje mu oddechu; gdy wraca w chłód, brakuje mu ciepła. Ostatni wers — „Równie jestem wygnańcem w oboim żywiole!” — zamyka całość mocną pointą. Wygnanie nie oznacza tu jedynie bycia z dala od ludzi; oznacza głębsze pęknięcie wewnątrz samego siebie.
Na tym polega siła utworu. Nie opisuje on zwykłej tęsknoty za ciszą, lecz zamienia przeżycie psychiczne w dramat żywiołów. Dzięki temu „Do samotności” jest zwięzłym wyznaniem romantycznego rozdarcia: samotność koi, ale nie rozwiązuje, a człowiek noszący w sobie sprzeczne potrzeby pozostaje wygnańcem — i to nie z jednego świata, lecz z dwóch naraz.