Leśmianowska ballada o dwunastu braciach zaczyna się jak baśń, ale kończy jak filozoficzna przypowieść o pustce. Bracia słyszą za murem płaczący dziewczęcy głos i postanawiają go uwolnić. Wierzą, że skoro głos łka, musi istnieć jego właścicielka — „Łka, więc jest!” — odwracając kartezjańskie „myślę, więc jestem” w stronę cierpienia. Ich wysiłek, a potem wysiłek cieni i samych młotów, prowadzi do rozbicia muru. Za murem nie ma jednak nikogo: tylko głos, płacz, mrok i niewiadomość. W tym tkwi centralna myśl utworu — pragnienie potrafi stworzyć złudny cel, a jego spełnienie może odsłonić nicość.
Konstrukcja podkreśla ten ruch. Dwadzieścia dwuwersowych strof o balladowej melodyce, z długimi wersami i parzystymi rymami, przypomina rytm uderzeń młota. Słowa takie jak „tłuc z łoskotem”, „dzwoni wprzód! dzwoni wspak!”, „huczały śpiżem” naśladują dźwięk kucia. Trzykrotnie powraca refren: „O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” — najpierw mówi dwunasty brat, potem dwunasty cień, wreszcie dwunasty młot. Ta zmiana podmiotu jest kluczowa: człowiek zamienia się w zjawę, zjawa w narzędzie, a narzędzie przejmuje ludzki zapał. Ślepa noc, która nie wie, „kto jest człowiekiem, a kto młotem”, potem „kto tu jest cieniem, a kto młotem”, a w końcu „czem bywa młot, gdy nie jest młotem?”, jest świadkiem zacierania granicy między bytem a rzeczą. Dzięki refrenowi ballada staje się obsesyjnym zaklęciem.
Obrazowanie jest baśniowe i zarazem okrutne. Mur badany jest „od marzeń strony”, więc od początku przebywamy po stronie snu, nie jawy. Głos jest „zaprzepaszczony”, czyli należy do przepaści. Bracia nie poznają Dziewczyny, lecz „chętny domysł o Dziewczynie” — kochają dźwięk i zgadują kształty ust. Ich język jest uderzająco ubogi: „Mówili o niej: «Łka, więc jest!» — I nic innego nie mówili”. Jedno zdanie zastępuje poznanie i staje się wyznaniem wiary. Ciała kruszą się jak mur: „Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną”. Kiedy cienie „powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera”, młoty nie poddają się żałobie: „huczały śpiżem same w sobie”. Śmierć nie kończy dążenia, tylko przenosi je w materię.
Kulminacja jest gorzka. Gdy mur runie tysiącem ech, za murem „nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!” Słowo „nic” uderza wielokrotnie: niczyich oczu, niczyjego losu, „Nic — tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata”. Okazuje się, że mur oddzielał braci nie od osoby, lecz od samej tęsknoty, która istnieje bez przedmiotu. Głos był tylko głosem: „i nic nie było, oprócz głosu!” Po tym odkryciu świat zostaje nazwany „niedobrym światem”, a sny — „kłamliwymi”. Potężne młoty legły w rząd, jakby po spełnionym trudzie, ale spełnienie okazało się klęską. Ostatnie wersy wprowadzają zgrzyt: „I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całem niebie!” Pustka sięga nieba. Pytanie skierowane do „ty” — „czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?” — uderza w czytelnika, każąc zmierzyć się z obojętnością nicości, która nawet nie szydzi.
Siła utworu bierze się stąd, że Leśmian nie opowiada tylko smutnej baśni o zawiedzionych nadziejach. Pokazuje, jak człowiek tworzy sens z samego pragnienia, a potem odkrywa, że za jego wysiłkiem może nie być żadnej istoty. Rytm, refren, przemiana człowieka w młot i ostateczna cisza tworzą spójną wizję, w której najważniejszy jest brak. Głos, mur, młot i nicość są żywiołami świata, w którym wiara okazuje się silniejsza od prawdy, lecz nie może jej zastąpić.