Już pierwsze słowa wiersza Bolesława Leśmiana wprawiają wszystko w pęd: dziewczyna biegnie lasem, zieleni się jej czas, a w dalszych linijkach słońce dymi z mrowisk i złote mgły wiszą w powietrzu. Od razu widać, że wiosna nie będzie tu delikatnym przebudzeniem. Jest raczej żywiołem, który oszałamia i przeraża jednocześnie: piersi bohaterki rozpiera „majowy, cudny strach”. Nocny sen podsuwa jej obrazy wilkołaka, dwóch zbrojnych rycerzy, trzech aniołów oraz śpiewu, krwi i ognia. Po przebudzeniu sen nie ustępuje; przeciwnie, wybiega za dziewczyną w jawę jako „Maj drapieżny”, „tygrys-maj”. W tym zawiera się centralna myśl wiersza: wiosna to nie sielanka, lecz drapieżna, erotyczna i trochę demoniczna siła, która łączy lęk z pożądaniem, a sen z rzeczywistością.
Rytm jest podporządkowany temu samemu pędowi. Długie, symetryczne linijki wyraźnie rozpadają się na dwie części, które nawzajem się popychają: „Oto jej włos rozwiany, a oto — szum i las!”. Rymy parzyste bywają mocne i okrzykowe — czas i las, skraj i maj, kniej i trzej — a wielokropki i pauzy sprawiają, że tekst brzmi jak urywany, gorący oddech. Powraca też słowo „czas” i czasownik „zieleni się”: czas w tym wierszu ma roślinne życie, dojrzewa razem z dziewczyną, a jej bieg przez las staje się biegiem ku nieodwołalnej chwili. Leśmian buduje uderzające, niemal bolesne obrazy: „Grzmi wiosna! Tętnią żary! Krwawią się gardła róż!”. Barwy purpury, zieleni i złota nie ozdabiają, lecz walczą ze sobą w „rozkwitów szale i boju”. Nawet zapach kwiatów zostaje włączony w ten gwałtowny nadmiar, a błogosławieństwo „Szczęść, Boże, kwiatom szczęść!” brzmi w tym kontekście niemal ironicznie — jak próba okiełznania czegoś, co wymyka się łagodnym słowom.
Najważniejsza zmiana dokonuje się w końcowej partii utworu, gdy z bezosobowego opisu wyłania się mówiące „ja”. Głos zwraca się wprost do dziewczyny: „Dziewczyno, hej, dziewczyno! Zieleni się nam czas!”, po czym wyznaje, że był z nią w snu jarach i w głębi kniej. Kolejne zjawy — dwaj rycerze i trzej aniołowie, śpiew i pląs, wszelki ptak i zwierz, miecz, krew i ogień — okazują się jednym sprawcą: „Jam — dwaj rycerze zbrojni i aniołowie trzej”. W ten sposób wiosna przestaje być tłem wydarzeń. Staje się pełnoprawną postacią, kochankiem i prześladowcą, który przybiera kształt wilkołaka, tygrysa, lasu. Zbitka „tygrys-maj” skupia w sobie całą tę przemianę: miesiąc kalendarzowy zyskuje zwierzęce ciało, kły i pazury, a natura objawia się jako byt obdarzony wolą i pożądaniem. Tytułowe „zmory” mają przy tym posmak ludowego, nocnego ducha, który dusi i podpowiada, że wiosenny strach nie jest tylko przenośnią — jest doznaniem cielesnym.
Dziewczyna nie jest tu bierną ofiarą. Płonie gniewem i zaciska białą pięść, co pokazuje napięcie między ucieczką a fascynacją. Powtórzone „O, szczęście, szczęście, szczęście! Dziś, albo nigdy już!...” niesie groźbę i obietnicę zarazem: wiosenne szczęście ma charakter ostateczny, niepowtarzalny. Tajemnica utworu polega na tym, że sen nie jest ucieczką od jawy, lecz jej intensywniejszą wersją. Dzięki temu wiersz znaczy więcej niż sezonowy obrazek: pokazuje, jak w wyobraźni poetyckiej wiosna może stać się mitem, w którym człowiek, natura i sen łączą się w jeden rozgrzany, drapieżny rytm.