Nerwy Cypriana Kamila Norwida to wiersz o rozdarciu między dwoma światami, które nie umieją się porozumieć. Osoba mówiąca wraca z miejsca, „gdzie mrą z głodu”, i jeszcze tego samego dnia ma pójść do pani baronowej, która przyjmuje gości na atłasowej kanapie. Kluczowe napięcie nie polega jednak tylko na kontraście biedy i bogactwa; chodzi o to, że doświadczenie cudzego cierpienia nie mieści się w języku salonu i zostaje stłumione. Tytułowe nerwy to odsłonięty splot sumienia, pamięci i bezsilności, a zarazem sygnał, że wiersz będzie zapisem wstrząsu, nie programem społecznym.
Pierwsza scena zbudowana jest z materii rozkładu. „Trumienne izb oglądałem wnętrze” czyni z mieszkań trumny, a „mrą z głodu” brzmi sucho i brutalnie, bez patosu. Zaraz pojawia się potknięcie: „Noga powinęła mi się u schodu / Na nieobrachowanem piętrze”. Przerzutnia sprawia, że sam wers się osuwa, a „nieobrachowane piętro” znaczy tyle co nieskończona, nieuchwytna nędza, której nie można wpisać w żaden rachunek. Ocalenie jest dwuznaczne: bohater chwyta się „belki spróchniałej”, w której tkwi gwóźdź „jak w ramionach krzyża”. Podpora, która ratuje, sama jest bliska próchna, a jej ślad prowadzi ku ofierze. Dlatego powtórzenie „cud — cud to był” nie daje ulgi. „Lecz uniosłem pół serca, nie więcej” — ocalało ciało, ale nie cały człowiek; wesołości zostało „zaledwo ślad”. Właśnie to skurczenie emocji do śladu pokazuje, że bohater nie ogląda nędzy z zewnątrz: coś z jego wnętrza zostaje w tamtych izbach.
Po tym wstrząsie świat zewnętrzny staje się „targiem bydlęcym”, a bohater przechodzi obok tłumu z obrzydzeniem. To jeszcze nie program, lecz odruch samotnego świadka, któremu rzeczywistość zbrzydła. Druga część przenosi do eleganckiego wnętrza. Pani baronowa „przyjmuje bardzo pięknie”, ale pytanie „Cóż powiem jej?” zawisa bez odpowiedzi. W wyobraźni następuje katastrofa: „Zwierciadło pęknie, / Kandelabry się skrzywią na realizm”. Ważne, że buntują się nie ludzie, lecz przedmioty: lustro i świeczniki uosabiają dekorację, która nie znosi prawdy. „Realizm” staje się tu winą, a malowane papugi na plafonie „z dzioba w dziób zawołają: «Socjalizm»”. Cudzy głód zostaje przechwycony i zamieniony w ideologiczne hasło; zamiast współczucia pojawia się etykieta, pod którą znika człowiek.
Całość przypomina miniaturowy dramat: najpierw wnętrze umierających, potem pokój baronowej, a między nimi przejście przez miasto skurczone do jednego zdania. Taki montaż gwałtownie zderza odmienne materialności. W pierwszym wnętrzu dominuje spróchniałe drewno i śmiertelna wilgoć, w drugim — atłas, lustro i plafon. Norwid nie opisuje jednak obu miejsc z równym ciężarem: to, co zobaczone, jest konkretne i fizyczne, natomiast salon pojawia się w trybie przewidywanym, niemal jak dekoracja, którą lada słowo może strącić.
Rymy w wierszu nie budują stałej architektury, ale potrafią zderzać znaczenia. Para „realizm / Socjalizm” sprawia, że w salonie jedno słowo natychmiast przywołuje drugie: mówić o prawdzie to znaczy zostać posądzonym o poglądy. Rytm jest nierówny: długie obrazy zderzają się z krótkimi wykrzyknieniami, a rymy pojawiają się w parach, lecz nie tworzą sztywnej symetrii. Pauzy, nawiasy i urwane zdania sprawiają, że całość czyta się jak nerwowy monolog. Wtrącenie o gwoździu i krzyżu siedzi w nawiasie niczym myśl dopowiedziana w pół drogi; cytat „Socjalizm” brzmi obco, wystawiony jak plakat, bo nie wypływa z ludzkiego głosu, lecz z malowanych dziobów.
Ostatnia zwrotka jest gestem kapitulacji. Bohater „usiądzie z kapeluszem / W ręku, a potem go postawi” — grzeczność przechodzi w rezygnację. Mówi o sobie „milczący faryzeusz”, czyli oskarża się o obłudę, ale nie znajduje innego wyjścia. To porównanie jest gorzkie, bo biblijny faryzeusz zwykle nie widzi własnej hipokryzji; tutaj bohater widzi ją i mimo to wybiera milczenie. Końcowe „po zabawie” ironicznie kontrastuje z umieraniem z głodu z pierwszych wersów. Wiersz nie daje pocieszenia: pokazuje moment, w którym człowiek wie, że prawda rozbiłaby salon, a zarazem wybiera milczenie. To uczyniło Nerwy utworem o granicy języka i cenie świadomości, nie tylko o różnicy między dobrobytem a nędzą. Dlatego Nerwy pozostają niepokojące: nie oskarżają otwarcie, ale zostawiają czytelnika z pytaniem, co zrobić z wiedzą, której nie można wypowiedzieć bez etykiety.