Jakżeż ja się uspokoję – to pytanie otwiera i zamyka utwór, a między nim rozbrzmiewa litania lęku. Mówiący nie opisuje zdarzeń, lecz swój stan wewnętrzny: oczy pełne strachu, myśli pełne grozy, serce pełne trwogi, piersi pełne drżenia. Lęk rozlewa się więc od spojrzenia po oddech, obejmuje jednocześnie ciało i umysł. Nie ma konkretnej przyczyny, którą można by nazwać; jest raczej wszechobecnym, fizycznie odczuwalnym napięciem. Każde powtórzenie słowa „pełne” wzmaga wrażenie przesytu – nie ma miejsca na ulgę.
Powtarzanie pytania i prostych wyliczeń nadaje wierszowi kołyszący rytm, jednak to kołysanie nie przynosi ukojenia – buduje wrażenie zamknięcia w obsesyjnej myśli. Mówiący chciałby znaleźć spokój, ale samo pragnienie spokoju tylko mocniej uświadamia mu, jak bardzo jest on nieosiągalny. Czytelnik zostaje w dusznym napięciu i bezsilnym oczekiwaniu, które nie znajdują ujścia. To lęk niemal metafizyczny, choć przeżywany bardzo cieleśnie. Wiersz nie daje odpowiedzi, bo pytanie jest zarazem skargą i konstatacją.