Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić
Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić, na jakąż nutę będę nucić melodyę zgonu mą wyprawną? Rzuciłem przecież go już dawno. Już dawno się przestałem smucić o rzeczy miłe mnie stracone. Miałyżby smutki jeszcze wrócić, kraść, co już dawno ukradzione. Przecież już dawno się wyzbyłem marzeń o utraconym raju. Żyję, by zwało się że żyłem... nad jakąś rzeką, w jakimś kraju... Nad jakąś rzeką, w jakiemś mieście, gdzie ślubowałem ślub niewieście, gdzie dom stworzyłem jej i sobie z myślą o jednym wspólnym grobie. A na tym grobie, wspólnym domie niechże mi wichr gałązki łomie, gałązki zeschłe, zwiędłe, kruche w jesienną deszczną zawieruchę. Tak samo będę słuchał w grobie, jak deszcz po świecie pluszcze sobie, jak słucham deszczu za tą ścianą — — i wiem, że znów się zbudzę rano. Niechże mi rano słońce świeci, niech świeci jasno, mocno grzeje. Nad grób niech moje przyjdą dzieci i niech się jedno z nich zaśmieje.