Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić — Analiza wiersza

Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić, na jakąż nutę będę nucić melodyę zgonu mą wyprawną? Rzuciłem przecież go już dawno. Już dawno się przestałem smucić o rzeczy miłe mnie stracone. Miałyżby smutki jeszcze wrócić, kraść, co już dawno ukradzione. Przecież już dawno się wyzbyłem marzeń o utraconym raju. Żyję, by zwało się że żyłem... nad jakąś rzeką, w jakimś kraju... Nad jakąś rzeką, w jakiemś mieście, gdzie ślubowałem ślub niewieście, gdzie dom stworzyłem jej i sobie z myślą o jednym wspólnym grobie. A na tym grobie, wspólnym domie niechże mi wichr gałązki łomie, gałązki zeschłe, zwiędłe, kruche w jesienną deszczną zawieruchę. Tak samo będę słuchał w grobie, jak deszcz po świecie pluszcze sobie, jak słucham deszczu za tą ścianą — — i wiem, że znów się zbudzę rano. Niechże mi rano słońce świeci, niech świeci jasno, mocno grzeje. Nad grób niech moje przyjdą dzieci i niech się jedno z nich zaśmieje.

Pokaż cały wierszZwiń wiersz

Aplikacja Learn Poems

Wypróbuj aplikację Learn Poems

Wszystko z trenera na stronie i jeszcze więcej: nowe ćwiczenia, nagrywanie głosu i udostępnianie, przypomnienia, szybka powtórka.

Tytułowe zdanie brzmi jak początek pożegnania: „Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić” zapowiada moment śmierci. Już w pierwszej strofie poeta odwraca jednak perspektywę — „Rzuciłem przecież go już dawno”. Umieranie okazuje się nie tyle przyszłym wydarzeniem, ile dopełnieniem rozstania, które dokonało się wcześniej, po cichu, w codzienności. Centralną myślą wiersza jest więc próba oswojenia śmierci: nie jako gwałtownego zerwania, lecz jako dalszego ciągu życia, niemal przeprowadzki do innego pokoju tego samego domu.

Pod względem konstrukcji utwór składa się z siedmiu czterowersowych strof o regularnym, spokojnym toku. Rymy raz układają się w pary, raz przeplatają, a przerzutnie między wersami sprawiają, że myśl nie zamyka się w pojedynczej linijce, tylko przepływa dalej — tak jak sam podmiot przechodzi od życia ku grobowi bez wyraźnego szwu. Spokojny rytm współgra z tonem wiersza: nie ma w nim rozpaczy, jest raczej zmęczona zgoda i skupienie na drobnych, konkretnych rzeczach.

Najważniejsze obrazy krążą wokół dwóch słów-kluczy: „dom” i „grób”, które stopniowo stają się jednym. Mówiący wspomina, że stworzył żonie i sobie dom „z myślą o jednym wspólnym grobie”, a potem nazywa grób „wspólnym domem”. To zestawienie brzmi zaskakująco, ale kryje się w nim intymna filozofia wiersza: miejsce spoczynku nie różni się zasadniczo od miejsca codziennego życia. Do tego dochodzą obrazy natury — jesienny wiatr łamiący „gałązki zeschłe, zwiędłe, kruche”, deszcz pluszczący po świecie, ranne słońce. Śmierć jest w nich nie pustką, lecz dźwiękiem, światłem, pogodą.

Bardzo ważny jest wątek słuchania. Podmiot mówi: „Tak samo będę słuchał w grobie, / jak deszcz po świecie pluszcze sobie, / jak słucham deszczu za tą ścianą”. Ściana domu i ściana grobu stają się tą samą granicą, przez którą dochodzi odgłos świata. Dzięki temu powtarzającemu się deszczowi śmierć traci obcość: będzie w niej można słyszeć to samo, co słyszy się w domu. A poranek po deszczu przynosi słońce i — zamiast żałobnej ciszy — śmiech dziecka. Ostatnia prośba: „Nad grób niech moje przyjdą dzieci / i niech się jedno z nich zaśmieje” jest uderzająca. To nie modlitwa o wieczne odpoczywanie, lecz o obecność życia nad grobem.

W wierszu uderza także napięcie między ogólnością a konkretem. Mówiący żyje „nad jakąś rzeką, w jakiemś kraju”, „w jakiemś mieście” — niby wszędzie i nigdzie. Te nieokreślone zaimki nadają scenie uniwersalny charakter, jakby chodziło o każde życie. Zarazem pojawiają się bardzo konkretne ślady: ślub, żona, dom, dzieci, wspólny grób. Ta jedność tego, co ogólne, i tego, co najbardziej prywatne, sprawia, że wiersz nie zamienia się w abstrakcję o śmierci, lecz pozostaje opowieścią o konkretnym odejściu z konkretnego domu.

Właśnie powściągliwość stanowi o sile utworu. Wyspiański nie patrzy na śmierć przez wielkie symbole ani nie szuka pociechy w zaświatach. Zamiast tego buduje scenę z drobnych elementów: deszczu, ściany, światła, gałęzi, dziecięcego śmiechu. Śmierć zostaje tu udomowiona — wpisana w rytm natury i codzienności. Podmiot już dawno przestał opłakiwać utracony raj; żyje „by zwało się że żył” — a jednak to skromne życie okazuje się wystarczająco trwałe, by nadać sens także odejściu. Grób nie jest zaprzeczeniem domu, lecz jego przedłużeniem, a śmiech dziecka nad grobem brzmi jak ciche „tak” wypowiedziane życiu mimo wszystko.

Przeczytaj też

Więcej autora: Stanisław Wyspiański

Wszystkie wiersze
NiespokojnyStanisław Wyspiański

Jakżeż ja się uspokoję

Jakżeż ja się uspokoję — pełne strachu oczy moje, pełne grozy myśli moje, pełne trwogi serce moje,