Osoba mówiąca patrzy na śmierć bez uniesień. Wyznaje, że świat porzuciła już dawno — przestała opłakiwać straty i marzyć o utraconym raju, a życie stało się cichym trwaniem przy żonie, w domu budowanym z myślą o wspólnym grobie. Śmierć nie przychodzi więc jako gwałtowne zerwanie, ale jako dalszy ciąg zwykłego istnienia: za ścianą wciąż słychać deszcz, rano budzi słońce, a nad grób przychodzą dzieci, z których jedno się śmieje. Powstaje nastrój melancholijny, lecz pogodny — smutek łagodzi przywiązanie do codziennych dźwięków, światła i bliskości. Zamiast lęku jest zgoda na odejście, w którym najważniejsze okazują się proste, trwałe rzeczy: deszcz, słońce, śmiech dziecka.
Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić — Streszczenie
Gdy przyjdzie mi ten świat porzucić, na jakąż nutę będę nucić melodyę zgonu mą wyprawną? Rzuciłem przecież go już dawno. Już dawno się przestałem smucić o rzeczy miłe mnie stracone. Miałyżby smutki jeszcze wrócić, kraść, co już dawno ukradzione. Przecież już dawno się wyzbyłem marzeń o utraconym raju. Żyję, by zwało się że żyłem... nad jakąś rzeką, w jakimś kraju... Nad jakąś rzeką, w jakiemś mieście, gdzie ślubowałem ślub niewieście, gdzie dom stworzyłem jej i sobie z myślą o jednym wspólnym grobie. A na tym grobie, wspólnym domie niechże mi wichr gałązki łomie, gałązki zeschłe, zwiędłe, kruche w jesienną deszczną zawieruchę. Tak samo będę słuchał w grobie, jak deszcz po świecie pluszcze sobie, jak słucham deszczu za tą ścianą — — i wiem, że znów się zbudzę rano. Niechże mi rano słońce świeci, niech świeci jasno, mocno grzeje. Nad grób niech moje przyjdą dzieci i niech się jedno z nich zaśmieje.