Już w pierwszym wersie „Do Laury” miłość nie tyle się zaczyna, ile zostaje rozpoznana. Podmiot ledwie widzi ukochaną, a już oblewa się rumieńcem; w nieznanym oku szuka „dawnej znajomości”. To paradoksalne rozpoznanie kogoś obcego jako istoty znanej od zawsze nadaje całemu utworowi wymiar duchowy. W drugiej części podobna nagłość dotyczy głosu: ledwie Laura zaczyna śpiewać, już mówiący płacze, a dźwięk głosu wnika w serce i chwyta duszę. Anioł wita duszę po imieniu, a niebieski zegar wybija chwilę zbawienia. Spotkanie dwojga ludzi zostaje przedstawione jako wydarzenie sakralne, potwierdzające istnienie więzi starszej niż ziemska znajomość. W zakończeniu podmiot nie walczy o rękę kochanej, lecz prosi o wyznanie, że Bóg poślubił mu jej duszę – ziemski ślub może przypaść innemu.
Forma utworu współgra z tym znaczeniem. Sonet składa się z czternastu wersów o rymach okalających w czterowierszach (abba) i przeplatanych w tercynach (ababab), co daje z jednej strony zamknięcie, z drugiej – nerwowe oczekiwanie na potwierdzenie. Wersy są trzynastozgłoskowe, ze średniówką po sylabie siódmej, co często dzieli je na dwie symetryczne części: „Ledwiem ciebie zobaczył / jużem się zapłonił”. Paralelizm otwierających strof – „Ledwiem ciebie...”, „Ledwieś piosnkę...” – podkreśla bezwolność uczucia: reakcja wyprzedza rozum, a wzrok i słuch stają się bramami, przez które dusza rozpoznaje przeznaczenie. Dawniej brzmiące formy „ledwiem”, „jużem”, „o luba” oddalają tę scenę od potoczności; jest to mowa rozmodlona, niemal liturgiczna. Zwrot „O luba!” otwiera trzecią strofę i zmienia ton z opisu w bezpośredni apel, w którym słyszymy prośbę o wzajemność.
Obrazowanie wiersza łączy zmysłowość z teologią. Rumieniec wykwita na jagodach jak róża odsłaniana przez zaranek – ciało zdradza wzruszenie, zanim pada jakiekolwiek słowo. Łzy pojawiają się równie nagle i nie są oznaką słabości, lecz dowodem, że głos Laury dociera do głębszego wymiaru istnienia. Kosmiczny zegar niebios zamienia chwilę śpiewu w moment zbawienia, a anioł, który wita duszę „po imieniu”, sugeruje, że dusza ma swoją własną tożsamość, znaną w niebie. W tercynach słownictwo przechodzi ku opozycji ziemi i nieba: los, ludzie, ślub ziemski, ręka – przeciwko Bogu, duszy, wyznaniu. Zakończenie celowo wyostrza ten rozdźwięk: ukochana może oddać rękę innemu, ale istotne jest duchowe „poślubienie” dusz. To właśnie ono – nie posiadanie, nie małżeństwo – stanowi sens miłości.
Czternastowersowy sonet jest czymś więcej niż grzecznym hołdem dla urody. To liryczny traktat o miłości jako akcie rozpoznania duchowego przeznaczenia. Dzięki nagłym reakcjom, sakralnym porównaniom i prośbie o wyznanie „Do Laury” przenosi romantyczne uczucie w sferę religijnego misterium. Wiersz nie szuka szczęśliwego finału na ziemi, lecz potwierdzenia, że dusza kochająca i dusza kochana zostały złączone przez Boga. To przesunięcie akcentu z losu na duszę, z ciała na wieczność nadaje utworowi niezwykłą powagę i sprawia, że z pozoru prosty sonet staje się jednym z najśmielszych wyznań miłosnych w polskiej poezji.