Sonet z cyklu Sonety krymskie stawia przed czytelnikiem obraz grobu polskiej kobiety pochowanej w krainie wiosny. Już pierwsze słowa tworzą bolesny kontrast: „w kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady” rozbrzmiewa zapowiedź życia i bujności, a zaraz potem pada czasownik „uwiędłaś”. Tytułowa Potocka zostaje nazwana „młodą różą”, kwiatem, który powinien rozkwitać, a jednak umiera na obcej ziemi. To zestawienie mówi od razu, że nie chodzi tylko o śmierć jednostki, lecz o los Polki rzuconej w piękny, ale cudzy świat.
Druga część pierwszego czterowiersza tłumaczy przyczynę więdnięcia: „przeszłości chwile, / Ulatując od ciebie jak złote motyle, / Rzuciły w głębi serca pamiątek owady”. Wspomnienia wyglądają z daleka jak złote motyle – są piękne i ulotne – ale kiedy odlatują, zostawiają w sercu owady, które kąsają i nie dają spokoju. Pamięć okazuje się więc czymś podwójnym: cenna jak złoto i raniąca jak trujące żądło. To właśnie tęsknota za przeszłością, nie choroba ciała, więdni młoda róża.
W drugim czterowierszu wzrok kieruje się ku północy, ku Polsce. Gwiazdy gromadzą się na tej drodze, a poeta pyta, dlaczego jest ich tak wiele. Odpowiedź brzmi jak romantyczne przekształcenie rzeczywistości: oczy zmarłej, pełne ognia, zanim zgasły w mogile, „wiecznie lecąc” wypaliły w niebie jasne ślady. Niebo staje się mapą tęsknoty. Spojrzenie Potockiej, zamiast umrzeć razem z ciałem, wędruje dalej i zostawia po sobie palący trop. Dzięki temu obrazowi śmierć nie jest końcem uczucia; staje się jego utrwaleniem w kosmicznej skali.
Forma sonetu porządkuje ten gwałtowny obraz. Czternaście wersów, regularny trzynastozgłoskowiec, rymy obejmujące w czterowierszach – wszystko to tworzy zamkniętą, niemal architektoniczną ramę. W tej ramie emocja nie rozpada się, lecz narasta: najpierw cichy smutek więdnącej róży, potem pytanie o gwiazdy, wreszcie osobiste wyznanie podmiotu. Trzecia strofa zaczyna się od mocnego wołacza „Polko!”, który zmienia adresata z kobiety w symbol narodowej wspólnoty. Mówiący wyznaje, że też „dni skończę w samotnej żałobie” i prosi, by przyjazna dłoń rzuciła mu garstkę ziemi. Śmierć na obczyźnie przestaje być wyjątkiem Potockiej; staje się losem podmiotu i wielu wygnańców.
Zakończenie przynosi jednak nadzieję. Przy grobie Potockiej zatrzymują się podróżni i rozmawiają; wtedy „dźwięk mowy rodzinnej” ma ocucić zmarłego poetę. Język polski działa tu jak głos zdolny przerwać ciszę grobu. Pojawia się też „wieszcz”, który dumając o Potockiej, zobaczy pobliską mogiłę i zanuci dla podmiotu. Samotna śmierć zostaje więc wpisana w łańcuch pamięci i pieśni. Mickiewicz buduje w sonecie wspólnotę zmarłych i żywych, spiętą rodzimą mową, a grób na obczyźnie zamienia w miejsce dialogu między pokoleniami wygnańców. Siła utworu tkwi w tym, że z osobistej żałoby czyni zbiorowe doświadczenie, a z grobu – ślad w drodze ku Polsce.