Śliski bruk, mgła, Londyn – Norwid rozpoczyna „Larwę” od miasta, które nie jest tylko tłem, lecz stanem widzenia. Już przymiotnik „śliskim” odbiera grunt nie tylko nogom, ale i pewności poznawczej. W białawej, podksiężycowej mgle trudno odróżnić kształty, a jedna z przesuwających się postaci nie znika: „ty ją wspomnisz struchlały”. Zwrot do „ty” wciąga czytelnika w tłum i każe mu stać się świadkiem. Tytułowa „larwa” to widmo, maska, istota niepełna – nie tyle kobieta, ile upiór, który domaga się pamięci.
Druga strofa stawia przed nami dwoistość, z której wiersz nie chce zrezygnować. Czoło postaci ma „w cierniu czy w brudzie” – nie sposób „rozeznać”. Cierń przywołuje koronę męki i świętość; brud – upadek, nędzę, odrzucenie. Podobnie usta: „poszepty z niebem o cudzie” mogą być modlitwą, lecz równie dobrze „pianą bezbożną”. Norwid nie wybiera. Upiór jest zagadką zawieszoną między sacrum a plugastwem. Ta nierozstrzygalność okazuje się głównym cierpieniem: w nowoczesnym mieście nie wiadomo, czy patrzy się na ofiarę, grzesznicę, obłąkaną, czy na wyrzut sumienia.
Najmocniejszy obraz znajduje się w trzeciej strofie. „Rzekłbyś, że to Biblji księga, / Zataczająca się w błocie”. Święta księga upodobniona do pijanego ciała – chwieje się, upada, nikt po nią nie sięga. Stary, książkowy zapis „Biblji” i „Iż” spotyka tu miejskie błoto i obojętność. Utwór nie mówi, że ktoś księgę podeptał z nienawiści; mówi coś chłodniejszego: „nie czas myśleć o cnocie”. Pośpiech i praktyczność wypierają namysł nad dobrem. Człowiek-larwa jest zarazem tą porzuconą księgą: wartością, która leży w błocie, a przechodnie mijają ją bez gestu.
Ostatnia strofa domyka wizję w słowach-kluczach: „Rozpacz i pieniądz — dwa słowa — / Łyskają bielmem jej źrenic”. Pieniądz pojawia się jako drugi, obok rozpaczy, element nowoczesnego losu. Oczy są ślepe, pokryte bielmem, a jednak coś w nich łyska – nie wzrok, lecz gorączkowy odblask. Norwid łączy język ekonomii z językiem duszy. Pytania „Skąd idzie?... gdzie idzie?” pozostają bez odpowiedzi; postać „sobie to chowa”, a cel brzmi jak unicestwienie: „gdzie nic!”. To „nic” jest kresem drogi, do której prowadzi miasto obojętne wobec upadku.
Formalna regularność pogłębia grozę. Utwór składa się z czterech strof, w których biegną równe ośmiozgłoskowce. Rymy krzyżują się: brudzie/cudzie, można/bezbożna, księga/sięga, słowa/chowa. Tam, gdzie rym bywa mniej czysty – jak w parze białej/struchlały – sama forma zdaje się chwiać. Ten niemal balladowy rytm brzmi jak ponura kołysanka ulicy. W regularność wdzierają się pytania, pauzy i otwarte zakończenie. Na tym polega siła „Larwy”: nie zamienia nędzy w lekcję moralną, lecz zostawia czytelnika z obrazem, który powraca jak tytułowe widmo.