W mglistym, nocnym Londynie, na śliskim bruku, pojawia się postać, której nie da się zapomnieć — widmowa i dwuznaczna. Nie wiadomo, czy czoło ma pokaleczone cierniem, czy umazane brudem; czy usta szepczą o cudzie, czy wypluwają bluźnierstwo. Kontrast jest ostry: cierniowa korona styka się z brudem, a modlitwa z pianą bezbożną. Ta niejasność jest sednem obrazu: zjawa przypomina Biblię zataczającą się w błocie, po którą nikt już nie sięga, bo świat nie ma czasu na cnotę. W jej oczach, przesłoniętych bielmem, migają tylko rozpacz i pieniądz; nie wiadomo, skąd przyszła, i zdaje się, że zmierza donikąd.
Mówiący patrzy na nią z lękiem, ale i ze współczuciem; to istota zepchnięta poza świat wartości, niemal upiorna. Norwid buduje nastrój gęstej, księżycowej mgły i sennego koszmaru, w którym sacrum zderza się z upadkiem. Forma „ty” sprawia, że nie jest to tylko opis przechodnia — to spotkanie dotyczy samego czytelnika.