Cyprian Norwid w wierszu «W Weronie» nie opowiada na nowo historii kochanków z Werony; patrzy na to, co po nich pozostało. Nad domem Capuletich i Montekich unosi się „łagodne oko błękitu” – niebo, które deszcz obmył, a grom poruszył. Epitety „spłukane deszczem” i „poruszone gromem” wprowadzają atmosferę po burzy: żywioł już minął, ale jego ślad zostaje w drgającym powietrzu. Wzrok nieba pada na „gruzy nieprzyjaznych grodów” i „wywrócone bramy do ogrodów”. To obraz świata zniszczonego, w którym dawny spór rodów zmienił się w ruinę, a bramy – niegdyś strzegące granicy – leżą wywrócone. Z samego szczytu niebo zrzuca gwiazdę. Ten gest jest znakiem, ale nie wiadomo jeszcze, jakim: czy spadająca gwiazda jest łzą, czy kamieniem? Samo połączenie czułości z gwałtownością – „łagodne” i „grom” – zapowiada napięcie, które potem rozpisane zostanie na dwa głosy.
W drugiej strofie głos zabierają cyprysy. To one – drzewa cmentarne, strażnicy grobów – mówią, że „dla Juljety / i dla Romea” spada łza z nad planety. Ich interpretacja jest poetycka i żałobna: łza przenika aż do grobów, jakby miłość kochanków miała jeszcze swoją kosmiczną ciągłość. Imiona Juljety i Romea brzmią tu niemal archaicznie, niczym imiona z pieśni, nie z codzienności. Cyprysy nie wątpią; ich mowa jest mową pamięci, która chce nadać sens każdej jasnej kresce na niebie. W ich wersji nawet deszcz i grób zostają włączone w jeden rytm: to, co spada z góry, nie jest martwe, lecz współczujące.
Ludzie jednak „mówią uczenie”, że to nie łzy, ale kamienie – i że nikt na nie nie czeka. Powtórzenie „mówią, i mówią uczenie” nadaje ich wypowiedzi ton nieco ironiczny: uczoność sama w sobie nie gwarantuje głębi. Kluczowe jest dopełnienie w ostatnim wersie. Rzecz nie rozgrywa się jedynie między sentymentem a rozumem; słowa „nikt na nie nie czeka” odbierają zjawisku także odbiorcę. Kamień nie ma adresata, nikt nie czeka na jego upadek. W ten sposób racjonalne wyjaśnienie okazuje się nie tyle chłodne, ile puste: odziera gwiazdę z żałoby, ale nie daje w zamian żadnego innego porządku. Norwid nie każe wybierać między cyprysami a ludźmi; pokazuje raczej, że sama sprzeczność – łza czy kamień – zostaje zawieszona nad ruiną.
Budowa wiersza wzmacnia to napięcie. Obie strofy łączy ten sam schemat rymów: aabccb. Pary takie jak „domem – gromem”, „grodów – ogrodów”, „Juljety – planety” budują zamkniętą harmonię, ale w każdej strofie krótszy wers opada, jakby coś spadało. W pierwszej jest to „gwiazda ze szczytu”, w drugiej „łza... spada i w groby przecieka”. Dźwięk słowa „kamienie” jest twardy, rzeczowy, niemal chłodny; kontrastuje z miękkim, płynnym „przecieka” i „czeka”. Rym „przecieka – czeka” dodatkowo łączy wsiąkanie łzy z oczekiwaniem, którego w ludzkiej interpretacji już nie ma. Taka instrumentacja sprawia, że spór obu interpretacji słychać nie tylko w znaczeniach, ale w samym brzmieniu.
Siła tego krótkiego utworu bierze się stąd, że Norwid odchodzi od łzawego odczytania tragedii. Nie pozwala ani na proste wzruszenie, ani na triumf uczonego sceptycyzmu. W miejsce gotowej odpowiedzi stawia pytanie o to, co z wielkiej historii zostaje w mowie: czy potrafimy jeszcze nazwać coś łzą, skoro można to nazwać kamieniem? Ostatnie słowa „nikt na nie nie czeka” brzmią jak cichy, gorzki komentarz do świata, w którym nawet spadająca gwiazda bywa tylko martwą materią. To właśnie dramatyczne napięcie między poetyckim spojrzeniem a trzeźwą wiedzą czyni ten krótki utwór jednym z najbardziej przenikliwych wierszy Norwida.