Julian Tuwim wraca do poranka z dzieciństwa nad wodą, gdzie pachniała mięta i kołysały się kępy sitowia. Mówi o tym, czego wtedy nie wiedział: że te zioła po latach staną się słowami w wierszach, a kwiaty będzie przywoływał z daleka, zamiast po prostu leżeć wśród nich. Wspomnienie nie jest sielskie – dorosły, piszący człowiek cierpi, szukając słów dla żywego świata. Dawna bliskość natury zamieniła się w rozpaczliwe wyrywanie słów z rzeczy. Jako dziecko wyobrażał sobie, że uplecie z włókien sitowia leciutką siatkę, która niczego nie złowi – to znak bezinteresownej, czystej obecności w świecie.
Końcowe pytania skierowane do Boga chłopięcych lat brzmią jak modlitwa o powrót zwykłego widzenia: czy już nigdy nie będzie pachnącej mięty nad stawem, czy sitowie już zawsze będzie tylko tematem, a nie zwykłą rośliną? Nastrój jest elegijny i pełen tęsknoty za utraconą niewinnością patrzenia.