W «Strofach o późnym lecie» Julian Tuwim, poeta związany z grupą Skamander, zatrzymuje moment, w którym lato nie tyle odchodzi, ile przelewa się w jesień — gęstnieje, nabiera koloru i smaku. Już pierwszy okrzyk „Zobacz, ile jesieni!” zaskakuje: zamiast żalu pojawia się podziw dla obfitości, a świat jest pełny „jak w cebrze wina”. To dopiero początek przemiany, ale poeta każe ją odczuwać raczej jako łaskę niż stratę.
Utwór składa się z dwunastu czterowersowych strof o lekkim, śpiewnym rytmie. Przeważają wersy siedmio- i ośmiozgłoskowe, rymy pojawiają się zwykle w liniach parzystych, a powtórzenia — „dopiero”, „powoli, powoli” — spowalniają oddech i każą smakować każdy obraz. Ta muzyka nie jest sztywna: wiersz pulsuje, jakby sam był przepełniony nadmiarem późnego lata. Słowo „pełno” staje się tu zasadą kompozycji — obrazów jest dużo, gęsto, jedne przechodzą w drugie: lato w wino, obłoki w płatki, las w oliwę.
Obrazowanie jest zmysłowe i konkretne. Jesień daje się niemal dotknąć: liści „nazłociło się” tyle, że trzeba je wynosić koszami, bujna trawa „aż się prosi, by kosić”. Lato zostaje rozlane do butelek i na półkach „słodem się burzy”, niczym młode wino, które zaraz wysadzi korki. Kolejna strofa kumuluje epitety — „winna, jabłeczna pora, / czerwienna, trawiasta, liściasta” — jakby poeta układał z nich domowe przetwory. W tej pełni czai się jednak napięcie: ferment, suchość siana, kruche obłoki leżące w stawie „jak płatki w szklance wody”. Podmiot pluska laską ostrożnie, „aby nie zmącić pogody”, co można rozumieć także jako troskę o spokój ulotnej chwili. Słońce wchodzi głęboko w wodę, w człowieka i w ziemię; świat nasyca sobą wszystko, a wiatr przymyka oczy.
W drugiej części wiersza natura zostaje przeniesiona do kuchni i do języka. Zapach igliwia kipiącego we wrzątku, „bór w złocistej oliwie”, to wywar, który podmiot sam wymyślił — tak samo jak wiersze. Pisanie okazuje się powolnym przetwarzaniem świata, nadawaniem mu formy zdolnej zatrzymać smak i woń. Dlatego poeta notuje: „Powoli je piszę, powoli, / z miłością, żalem, trwogą” i zwraca się wprost do czytelnika, by także czytał powoli. Pośpiech unicestwiłby tę kruchą, gęstą materię.
Finał jest samotny i mocny: „Wypiję kwartę jesieni, / do parku pustego wrócę, / na zimną, ciemną ziemię / pod jasny księżyc się rzucę.” Nie ma w tym rozpaczy, jest zgoda na stygnięcie i ciemność, a zarazem fizyczne zanurzenie się w zmieniającej się ziemi. Znaczenie wiersza bierze się właśnie z tej uważności: dostrzec pełnię w chwili, która już mija, i zamienić ją w rytm, barwę, zapach — w strofy, które działają jak butelki z zapasem późnego lata.