Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, poetka dwudziestolecia międzywojennego, otwiera „Ja” jak baśń: „Było raz dziecko zabawne i tłuste”. Zaraz potem następuje zdanie krótkie i nieodwracalne: „Umarło. Niema go nigdzie”. Cały utwór jest monologiem, w którym osoba mówiąca opowiada o śmierci własnego dzieciństwa jak o odejściu osobnego stworzenia. Dziecko było kochane, rozpieszczone, biegało i krzyczało, a mimo to nikt się nie zdziwił, kiedy przestało istnieć. Ten brak zdziwienia jest pierwszą krzywdą, o której wiersz mówi.
Centralnym problemem jest relacja między dorosłą kobietą a jej dawną tożsamością. Tytułowe „ja” okazuje się niepewne: wszyscy myślą, że mówiąca i dziecko to ta sama osoba, bo noszą to samo imię. Tymczasem w tekście dziecko jest konsekwentnie nazywane „ono”, „je” – jak przedmiot, nie jak człowiek. To zaimkowe odsunięcie pokazuje, że dziecięce „ja” zostało wyparte, a jego miejsce zajęła „jakaś niedobra kobieta”. Określenie to brzmi jak dziecięcy osąd i zarazem jak samooskarżenie osoby dorosłej. Wiersz odwraca więc potoczne wyobrażenie o dorastaniu: nie jest ono prostym dojrzewaniem, lecz cichą zamianą jednej istoty na drugą.
Konstrukcja utworu wzmacnia to wrażenie. Wersy są długie, bliskie prozie, a współbrzmienia pojawiają się nieregularnie: „nigdzie” – „krzywdzie”, „ono” – „zgubiono”, „kreta” – „kobieta”. Dzięki temu tekst brzmi jak opowieść mówiona, w której powracają pojedyncze echa. Baśniowe otwarcie zderza się z rzeczową, niemal suchą relacją: dziecko „śmiać się i istnieć przestało”, „znikało powoli”, „obyło się bez płaczu i pisku”. Czasowniki w rodzaju nijakim odbierają śmierci patos – dokonuje się ona po cichu, w zwykłym domu, między kołyską a poddaszem.
Obrazowanie poematu opiera się na przedmiotach i miejscach pamięci. Fotografie w salonie pokazują dziecko, ale jest to obraz zatrzymany, martwy, a nie żywa obecność. Na poddaszu zalegają zabawki, sukienki i „niepotrzebne pamiątki” – słowo „niepotrzebne” jest tu okrutne, bo odbiera dziecięcym rzeczom wartość sentymentalną. Matka, która niegdyś czuwała nocami nad kołyską, dziś wspomina dziecko i nie płacze. W tym braku łez nie ma ulgi; jest raczej dowód, że dziecko zostało zapomniane, a żałoba po nim nie została dopełniona. Najmocniejszy obraz pojawia się w zakończeniu: dziecko nie ma grobu, nie usypano mu „gróbka choćby takiego jak kopiec kreta”. Nawet najmniejsza mogiła dałaby mu miejsce, tymczasem ono błąka się i płacze nocami w kominie, że je „zapomniano, zgubiono”.
To właśnie brak grobu decyduje o sile wiersza. Pawlikowska-Jasnorzewska zamienia psychologiczną prawdę o utracie dzieciństwa w opowieść niesamowitą, niemal o duchu. Dziecko, które nie zostało opłakane, nie może odejść; powraca jako wyrzut w nocnym wyciu komina. Trzecia strofa kończy się oskarżeniem: miejsce dziecka zajęła „jakaś niedobra kobieta”. To zdanie nie daje dorosłej mówiącej żadnego usprawiedliwienia. Zamiast pogodzenia z upływem czasu mamy nierozwiązany konflikt wewnętrzny, a tytułowe „ja” przestaje być oczywiste: nie wiadomo do końca, kto właściwie mówi – dorosła kobieta, martwe dziecko, czy oboje naraz, w jednym ciele i w jednym wspomnieniu. Wiersz jest znaczący, bo w zwięzłej formie pokazuje, że tożsamość bywa przestrzenią zamieszkaną przez obcych sobie rywali, a pamięć potrafi być równie okrutna jak zapomnienie.