W «Ja» słyszymy kogoś, kto opowiada o dziecku – zabawnym, tłuściutkim, kochanym – które umarło. Choć było rozpieszczane, nikt nie uronił łzy; zostały tylko fotografie w salonie, ubranka i zabawki na strychu. Dziecko nosiło to samo imię co osoba mówiąca, więc wszyscy myślą, że to ona. Tymczasem ona czuje, że tamto dziecko odeszło, a w jego miejsce wśliznęła się «niedobra kobieta» – ona sama, dorosła, obca dawnej niewinności.
Nie jest to śmierć dosłowna, lecz zniknięcie dziecięcego «ja». Panuje tu nastrój cichego smutku i wyrzutu: nocą, w kominie, zapomniane dziecko płacze, że je zgubiono i zastąpiono. Osoba mówiąca nie oskarża wprost, ale czuje się winna i zarazem opuszczona przez samą siebie. Obraz matki, która dawniej czuwała przy kołysce, a dziś nie płacze, pogłębia wrażenie, że wraz z dzieckiem umarła też czyjaś czułość.