Sonet Jana Kasprowicza z cyklu „Z chałupy” to zwięzła, zamknięta w czternastu wersach opowieść o wiejskim chłopcu, który za wszelką cenę dąży do wiedzy i za ten wysiłek płaci życiem. Centralnym napięciem utworu jest kontrast między twardą codziennością biednej wsi a światem książek, stolicą i obietnicą odmiany losu. Kasprowicz nie ocenia bohatera; pokazuje raczej, że chłopski awans bywa pułapką, w której choroba i nędza okazują się silniejsze od ambicji.
Dwa czterowiersze wprowadzają rytm powtarzalnego trudu. Rano, zimą, mimo mrozu czy zawieruchy, chłopiec w cienkim surduciku idzie do szkoły o milę; wieczorem przy książce i piórze siedzi do późna, chociaż w ręce chucha. Zdrobnienie „surducik” od razu sygnalizuje kruchość — to nie solidne ubranie, lecz zbyt lekka osłona przed zimnem. Obraz chuchania w zgrabiałe dłonie łączy ambicję z fizycznym cierpieniem. Latem bohater zastępuje pastucha, ale pod pachą niesie Homery i Wirgile. To połączenie wiejskiego zajęcia i klasycznych autorów pokazuje, że jego umysł żyje gdzie indziej. Ludzie „poszydzą niemile”, on jednak „pasie i ludzi nie słucha” — to zdanie brzmi jak cichy upór, ale także jak zapowiedź samotności. Kto raz wybrał książkę, przestaje w pełni należeć do wspólnoty.
W pierwszej części sonetu rymy układają się okalająco, przez co kolejne czterowiersze zamykają się jak odrębne sceny: zimowa droga, wieczorna nauka, letnia praca i szyderstwo sąsiadów. W trzeciej i czwartej strofie narracja gwałtownie przyśpiesza. Wielokropek po słowach „I tak wyrósł…” i „I dalej w stolicę…” skraca całe lata. Stolica pojawia się jako miejsce, gdzie „wiedzy głęboka jest rzeka” — metafora obiecuje bogactwo, ale rzeka może też porwać i zatopić. W tle powraca dwukrotne „czeka” ojca i matuli. To oczekiwanie nadaje wyjazdowi wagę: nie jest to prywatna przygoda, lecz wspólna inwestycja całej rodziny.
Końcówka opiera się na gorzkiej grze słów. Bohater pisze do rodziców: „Skończę… bieda… dużo do roboty…”, po czym narrator dopowiada: „I dziś skończył… umarł na suchoty…”. Czasownik „skończę” znaczył pierwotnie „ukończę naukę”; w finale „skończył” znaczy „zakończył życie”. List jest krótki, urywany — więcej w nim wielokropków niż konkretów, jakby zmęczenie odbierało mowę. Rym „roboty–suchoty” jest prosty, niemal surowy, i przez to celny: praca ponad siły spotyka się ze starą nazwą gruźlicy. Suchoty to choroba wyniszczenia, dosłownie zjadająca człowieka. W tej historii stają się nie tylko przypadłością medyczną, lecz znakiem, że organizm i marzenie spłonęły w tym samym ogniu.
Znaczenie utworu polega na tym, że los anonimowego chłopca zyskuje powagę wysokiego gatunku — sonetu — bez uładzenia i moralizowania. Kasprowicz, pochodzący z rodziny chłopskiej, wprowadza do poezji świat, który wcześniej częściej bywał tematem opisywanym z zewnątrz. Ostatni wers nie pociesza; jest cichy jak westchnienie po przeczytanej historii, a zarazem pokazuje, że pragnienie wiedzy w skrajnej biedzie bywa równocześnie wybawieniem i wyrokiem.