Julian Tuwim bierze w „Nauce” pozornie wdzięczny temat szkolnej ławki, tablicy i wkuwania. Tytułowa „nauka” jest dwuznaczna: oznacza zarówno zasób wiedzy, jak i lekcję, którą trzeba odrobić. Zaczyna się jak złośliwa wyliczanka: logarytmy, wzory, formułki, „kwadraciki, trójkąciki i kółka”, które rzekomo prowadzą do nieskończoności. Bardzo szybko okazuje się jednak, że nie jest to wyłącznie satyra na szkołę. To monolog kogoś, kto z lekcji zapamiętał mnóstwo haseł — od H2SO4 po Newtona — a mimo to czuje, że nie rozumie niczego. To, co w niego „wkuli”, okazuje się „nauką daremną”. Centralne napięcie wiersza rodzi się między zapasem „nieskończonej” wiedzy a bezradnością wobec pytań, których nie da się odrobić jak zadania domowego.
Cały utwór zbudowany jest z regularnych, rymowanych strof czterowersowych, przez co brzmi trochę jak satyryczna piosenka, trochę jak modlitwa odmawiana z zeszytu. Rymy łączą podniosłe słowa z żargonem szkolnym: „mądrości” spotyka się z „nieskończoności”, a „Newtony” z „atmosfery”. To zderzenie języków jest znaczące — wiedza podręcznikowa zostaje wciągnięta w rytm dziecięcej rymowanki i przez to pokazana jako materiał do wkucia, a nie do myślenia. Znamienne jest też urwanie w pół słowa: ciało pogrążone w wodzie „traci tyle, ile... etcetera”. Owo „etcetera” dowodzi, że nauka nie jest tu żadną całością, lecz zbiorem fragmentów, które urywają się dokładnie wtedy, gdy powinno paść wyjaśnienie.
Obrazy poetyckie krążą wokół patrzenia i dziwienia się: „cuda przyrody”, „życie w kropli wody”, „kanały na księżycu”. Uczeń ogląda „tajemnice”, ale odbiera je raczej jak magiczne sztuczki niż prawa. Najdobitniej widać to w geograficznym paradoksie: skoro na drugiej półkuli słońce świeci, gdy u nas jest ciemno, to tamci ludzie „muszą chodzić do góry nogami”. Ta dziecięca logika jest z jednej strony śmieszna, z drugiej — filozoficznie poważna. Pokazuje, że abstrakcyjne twierdzenie nie zastąpi żywego doświadczenia. „Biedne zmysły” okazują się jedyną wiarą mówiącego, choć prowadzą go do błędu. Wiedza odklejona od ciała i wyobraźni nie daje światu sensu; daje tylko iluzję opanowania przedmiotu. Tuwim nie ocenia bohatera z wyższością — raczej pozwala mu zachować dziecięcą dosłowność, która obnaża kruchość samej nauki.
Potem ton się zmienia. Wspomnienie lekcji przechodzi w lęk egzystencjalny: „I do dziś mam taką szkolną trwogę”. To zdanie przenosi szkolny strach w dorosłość i w wieczność. Bóg pojawia się jako nauczyciel, który może wyrwać do odpowiedzi, a człowiek staje przy tablicy bez słowa. Cała encyklopedyczna wiedza okazuje się bezużyteczna, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie o sens. Prośba: „Zostaw mnie na drugie życie, / Jak na drugi rok w tej samej klasie” jest zarazem zabawna i przejmująca — uczeń prosi o powtórkę, jakby jeszcze jedna szansa mogła naprawić to, czego nie dała pierwsza. Nie wiadomo, czy to wyznanie wiary w cierpliwość Boga, czy raczej ucieczka przed ostatecznym sprawdzianem.
Siła „Nauki” polega na tym, że szkolna satyra chyłkiem zamienia się w mały dramat metafizyczny. Tuwim uderza w system nauczania oparty na wkuwaniu, ale sięga dalej: pyta, czy jakakolwiek suma wzorów i formułek może przygotować człowieka do stanięcia twarzą w twarz z tajemnicą. Mieszanka humoru, ironii i trwogi sprawia, że wiersz pozostaje aktualny — każdy, kto kiedykolwiek znał odpowiedź, a mimo to nie rozumiał pytania, usłyszy w nim własny głos.