Już sam tytuł „Do krytyków” zapowiada utwór nie tylko liryczny, lecz także polemiczny. Podmiot nie broni się jednak przed oceną — zamiast tego oznajmia z przekorą swój zwyczaj: „Zwykłem jeździć, szanowni panowie, / Na przedniej platformie tramwaju!”. Miejsce to wybiera nieprzypadkowo. Przednia platforma oznacza otwarcie na wiatr, pęd, hałas, bliskość ulicy; tam poeta nie jest obserwatorem zza szyby, ale uczestnikiem ruchu. Właśnie to doświadczenie, a nie cisza gabinetu, staje się źródłem wiersza.
Miasto w utworze nie jest tłem. „Miasto nawskroś mnie przeszywa!” — ten gwałtowny czasownik nadaje wrażeniu niemal cielesny charakter. Podmiot nie patrzy na miasto, lecz pozwala, by miasto przez niego przepływało. W jego głowie kłębią się „pędy, zapędy, ognie, ogniwa” — krótkie, energiczne rzeczowniki spięte aliteracją i rymem wewnętrznym. Wyliczenie to nie ma charakteru porządkującego; przeciwnie, sugeruje nadmiar, nieustanny rozpęd i łączenie odległych wrażeń. Radość rozchodzi się po całym ciele, „w czubie i w piętach”, a najsilniejsza staje się tam, gdzie tramwaj zmienia kierunek. Zakręt wprowadza napięcie, wytrąca z prostej trasy, dlatego podmiot wyznaje: „Na skrętach — koliście / Zagarniam zachwytem ramienia”. Przerzutnia po słowie „koliście” sprawia, że sam wers zdaje się zjeżdżać po łuku, a okrężny gest ręki obejmuje świat w zachwycie.
Świat zewnętrzny natychmiast odpowiada na ten gest. Drzewa „w porywie natchnienia / Szaleją wiosenną wonią”, pąki pękają z radości, ulice dzwonią na alarm. To nie jest chłodny opis wiosny, lecz pełne ożywienie rzeczywistości: natura i miasto współbrzmią z wewnętrznym uniesieniem. Okrzyk „Maju, maju!” działa jak zaklęcie, wywołanie miesiąca, który przyspiesza soki i zmysły. Wystarczy samo imię wiosny, aby wyrazić stan twórczy — bez wzniosłych metafor i poetyckiej egzaltacji. Po myślniku następuje jednak powrót do ramowej sytuacji: „Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju / Wielce szanowni panowie!”. Klamra pokazuje, że cały wiersz jest zapisem zwykłego przejazdu, a zarazem odpowiedzią udzieloną krytykom.
Budowa dźwiękowa utworu podkreśla jego sens. Rymy nie tworzą regularnej siatki, lecz powracają jak echa na zakrętach: „tramwaju” odnajduje się w „maju”, „głowie” w „pąkowie”, „przeszywa” w „ogniwa”, „piętach” w „skrętach”. Dzięki temu kolejne obrazy spinają się w ruch, a wiersz nie płynie po linii prostej, lecz kołysze się, przyspiesza i zakręca. Krótkie wykrzyknienia, urwane myślnikiem, oddają urywany rytm tramwajowej jazdy. Ważna jest też ironia formuł grzecznościowych. „Szanowni panowie” zmienia się na końcu w „wielce szanowni panowie” — przesadna uprzejmość podszyta jest uśmiechem i pewnością siebie, jakby poeta wciągał adresatów w swoją zabawę zamiast toczyć z nimi poważny spór.
Utwór znaczy wiele jako deklaracja poetyki, w której liryka schodzi na ulicę, karmi się codziennością, ruchem i biologiczną radością, a nie tylko refleksją czy cierpieniem. Tuwim pokazuje, że natchnienie nie musi przychodzić z zaświatów — może zrodzić się na przedniej platformie, na wiosennym skręcie, w jednej chwili, gdy miasto przeszywa poetę na wskroś. Krytycy zostają więc zaproszeni do tego samego tramwaju, bo tylko z takiej perspektywy można zrozumieć energię tej poezji.